Upadek przez jedną nogę. Tak wygląda nauka chodzenia przy stwardnieniu rozsianym
Upadek przez jedną nogę. Tak wygląda nauka chodzenia przy stwardnieniu rozsianym
Podsumowanie
Czasami jeden krok pokazuje więcej niż cały dzień. Wczoraj ćwiczenia z fizjoterapeutką dały mi mocno w kość, a wieczorem przekonałem się, jak łatwo przy SM można stracić równowagę. Życie ze stwardnieniem rozsianym to ciągła nauka cierpliwości, walki i dostosowywania się do własnego organizmu.
Dość bezowocnego dzwonienia
Wczoraj doszedłem do prostego wniosku.
Szkoda energii na ciągłe i bezowocne wydzwanianie. Zamiast tego postanowiłem spróbować czegoś nowego i zająć się robótkami ręcznymi.
Nie będzie łatwo. Moje dłonie i palce od dawna nie są w najlepszej formie. Wiem też, że po drodze pewnie zepsuję kilka rzeczy, kilka projektów skończy się niewypałem, a część pomysłów trafi do kosza.
Ale od czegoś trzeba zacząć.
Praca czyni mistrza, nawet jeśli na początku bardziej przypomina walkę niż tworzenie.
Fizjoterapia dała mi wycisk
O godzinie 15:20 pojawiła się fizjoterapeutka.
Muszę przyznać, że jestem zadowolony z tej współpracy, choć wczoraj nie było lekko. Po ćwiczeniach nogi dosłownie mi drżały.
Skupiliśmy się głównie na nogach oraz na mojej słabszej ręce. Tej, która od dawna przypomina mi, że stwardnienie rozsiane potrafi zabierać sprawność po kawałku.
Najwięcej uwagi poświęciliśmy jednak chodzeniu.
Okazało się, że problem nie polega tylko na tym, że lewa noga jest słabsza. Muszę nauczyć się prawidłowo ją stawiać.
Bez pośpiechu.
Bez nerwów.
Jak powiedziała fizjoterapeutka — to nie zawody sportowe.
Kolejna wizyta zaplanowana jest na wtorek, choć niewykluczone, że spotkamy się wcześniej.
Jeden krok i spotkanie z podłogą
Wieczorem wydarzyło się coś, co dziś wspominam z lekkim uśmiechem, choć w tamtej chwili nie było mi do śmiechu.
Siedziałem z młodszym Komandosem przy matematyce.
Zjadłem mandarynkę, a żona wyrzuciła skórki do kosza.
Oczywiście musiałem pokazać, że też potrafię takie rzeczy robić sam.
Wziąłem więc drugą mandarynkę.
Po chwili młody skończył lekcję. Wstałem ze skórkami w ręce, żeby wyrzucić je do kosza.
I wtedy stało się coś, czego kompletnie się nie spodziewałem.
Lewą nogę postawiłem normalnie.
Prawa postanowiła nie współpracować.
Po prostu mnie nie posłuchała.
Skórki poleciały na blat szafki, ja próbowałem złapać równowagę, złapałem się mebla, ale mój tyłek miał już własne plany.
Kilka sekund później siedziałem na podłodze.
Na szczęście nic poważnego się nie stało.
Było trochę strachu, trochę śmiechu i kolejna lekcja pokory.
Życie z SM to nie sprint
Takie sytuacje przypominają mi, że nie mogę się spieszyć.
Przez lata nauczyłem się, że organizm przy stwardnieniu rozsianym działa według własnych zasad.
Pamiętam, jak wyglądały moje pierwsze objawy:
https://ja-i-sm.blogspot.com/2011/08/pierwsze-objawy.html
Wtedy nie wiedziałem jeszcze, dokąd zaprowadzi mnie ta droga.
Później przyszła diagnoza:
https://ja-i-sm.blogspot.com/2012/03/cd-szpital-ostrow-wlkp.html
Dziś wiem jedno.
Jeżeli chcę zachować sprawność jak najdłużej, muszę ćwiczyć, słuchać specjalistów i przede wszystkim nie walczyć z własnym organizmem na siłę.
Spotkanie po latach i ważne wspomnienie
W ostatnim czasie odnowiłem kontakt z Małgosią.
To moja ciocia.
Pamiętam ją jeszcze z dzieciństwa, kiedy siedziałem jej na kolanach i bawiliśmy się razem zabawkami.
Przez lata nasze drogi rzadko się przecinały, ale bardzo miło było znów porozmawiać.
Ta rozmowa przypomniała mi również o jej bracie.
Widziałem go właściwie tylko raz w życiu.
A mimo to miał ogromny wpływ na moje myślenie.
To właśnie on nauczył mnie patrzeć daleko w przyszłość.
Myśleć nie o tym, co będzie jutro, ale o tym, gdzie chciałbym być za 20, 30 czy 50 lat.
Droczył się ze mną.
Motywował.
Podrzucał kolejne bodźce do działania.
Popychał mnie do walki ze stwardnieniem rozsianym.
Dzisiaj myślę, że część mojego uporu i część mojego podejścia do życia zawdzięczam właśnie jemu.
Szkoda, że znałem go tak krótko.
Kalafior przegrał walkę z czasem
Jeśli chodzi o dietę, wszystko idzie zgodnie z planem.
Jem regularnie i staram się pilnować tego, co trafia na talerz.
Jedyną porażką dnia okazał się kalafior.
Było go za dużo.
Nie trafił do lodówki.
A ja błędnie założyłem, że nic mu się nie stanie.
Niestety się myliłem.
Skisł i trzeba było go wyrzucić.
Nie było tego dużo, ale i tak szkoda.
Oczywiście kawa tradycyjnie uratowała sytuację.
Każdy dzień czegoś uczy
Wczorajszy dzień przypomniał mi kilka rzeczy.
Po pierwsze — trzeba ćwiczyć.
Po drugie — nie można się spieszyć.
Po trzecie — nawet zwykłe wyrzucenie skórek od mandarynki może zamienić się w nieplanowane spotkanie z podłogą.
A po czwarte — warto pamiętać o ludziach, którzy kiedyś pomogli nam uwierzyć w siebie.
Bo czasami jedno zdanie wypowiedziane wiele lat temu potrafi wspierać człowieka do dziś.
A jak jest u Was?
Czy zdarzyło Wam się kiedyś, że noga albo ręka nagle odmówiła posłuszeństwa?
Czytaj dalej
Jeżeli interesuje Cię prawdziwe życie ze stwardnieniem rozsianym, zostań na blogu i zajrzyj do kolejnych wpisów opisujących moje codzienne doświadczenia z SM.
Meta opis SEO:
Upadek, rehabilitacja, ćwiczenia chodzenia i codzienne życie ze stwardnieniem rozsianym. Mój prawdziwy dzień z SM bez upiększania.
Alternatywne tytuły:
Kiedy noga przestaje słuchać. Codzienność ze stwardnieniem rozsianym
Fizjoterapia, upadek i nauka chodzenia przy SM
Jeden krok i spotkanie z podłogą. Życie z SM bez filtrów
Ćwiczenia chodzenia przy SM. Małe kroki, duże znaczenie
Stwardnienie rozsiane i walka o każdy krok
Hashtagi:
#StwardnienieRozsiane #SM #ŻycieZSM #RehabilitacjaSM #ObjawySM


Komentarze