Jeszcze kilka lat temu uznałbym to za bajkę. Dziś po prostu wstałem z łóżka
6 lipca 2026
Jeszcze kilka lat temu uznałbym to za bajkę. Dziś po prostu wstałem z łóżka
Podsumowanie
Jeszcze kilka lat temu taka sytuacja brzmiałaby dla mnie jak fikcja. Jakbym komuś opowiadał bajkę albo próbował udowodnić coś niemożliwego.
A dzisiaj rano wydarzyło się coś, co naprawdę mnie ucieszyło. Otworzyłem oczy, zacząłem się podnosić z łóżka i miałem wrażenie, jakbym wystrzelił w górę jak rakieta.
Nie wiem jeszcze, czy to przełom. Ale wiem jedno: coś tu pomaga. I najtrudniejsze w tym wszystkim jest chyba nie samo ciało, tylko pozbycie się negatywnych myśli.
Rano stało się coś, czego się nie spodziewałem
Hej 😊
Dzisiaj rano miałem taki moment, który może dla zdrowego człowieka byłby zupełnie zwyczajny.
Ot, człowiek budzi się, podnosi z łóżka i zaczyna dzień.
Dla mnie przy stwardnieniu rozsianym to jednak nigdy nie jest tylko zwykłe wstanie. To często cała operacja. Najpierw trzeba dobrze ułożyć nogi. Potem znaleźć punkt podparcia. Później sprawdzić, czy ciało w ogóle chce współpracować.
A dzisiaj?
Dzisiaj miałem wrażenie, jakbym po prostu ruszył w górę.
Nie chcę przesadzać, bo wiem, jak to brzmi. Sam gdybym przeczytał coś takiego kilka lat temu, pewnie pomyślałbym: „No dobra, trochę bajeruje”.
A jednak tak właśnie to poczułem.
Jeszcze niedawno to brzmiałoby jak fikcja
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ja sam mam czasem problem, żeby uwierzyć w niektóre rzeczy, które teraz się dzieją.
Bo kiedy przez długi czas ciało odmawia posłuszeństwa, człowiek zaczyna traktować własne ograniczenia jak coś stałego.
Jak mur.
Jak granicę, której nie da się przesunąć.
A potem nagle przychodzi taki poranek i okazuje się, że może ta granica jednak nie była aż tak betonowa, jak mi się wydawało.
Ostatnio pisałem też o tym, jak bardzo męczy mnie nie tylko samo ciało, ale również ciągłe myślenie. Ten temat wraca do mnie coraz częściej, bo przy SM człowiek nie walczy wyłącznie z mięśniami. Walczy też z głową.
Jeśli chcesz wrócić do tamtej refleksji, opisałem ją tutaj: Myślałem, że najbardziej męczą mnie mięśnie.
Coś tu pomaga. I chyba nie mam już co udawać
Nie chcę pisać, że znalazłem cudowny sposób.
Nie chcę też robić z tego poradnika, bo nie jestem lekarzem ani fizjoterapeutą.
Ale byłbym nieuczciwy wobec siebie, gdybym udawał, że nic się nie dzieje.
Od dłuższego czasu coś jest w trakcie pomagania. Tak to czuję. Może rehabilitacja. Może regularne ćwiczenia. Może to, że od półtora roku próbuję nie odpuszczać, nawet kiedy głowa podpowiada coś zupełnie innego.
Nie mam jednej odpowiedzi.
Mam za to coraz więcej małych sytuacji, które trudno zignorować.
Jednego dnia nogi są ciężkie i człowiek ma ochotę wszystko rzucić. Innego dnia ciało nagle robi coś, czego jeszcze niedawno nie potrafiło.
I właśnie takie dni są dla mnie najważniejsze.
Najgorsze są negatywne myśli
Najtrudniejsze w tym wszystkim nie jest chyba nawet samo ćwiczenie.
Najtrudniej jest pozbyć się negatywnych myśli.
Bo one potrafią wejść do głowy bardzo cicho.
Najpierw pojawia się jedno zdanie: „To i tak nic nie da”.
Potem drugie: „Za późno”.
Potem trzecie: „Innym może się udać, ale nie tobie”.
I człowiek nawet nie zauważa, kiedy zaczyna bardziej wierzyć tym myślom niż własnemu ciału.
A przecież dzisiejszy poranek pokazał mi coś zupełnie innego.
Pokazał mi, że ciało może jeszcze zaskoczyć.
Nie zawsze. Nie codziennie. Nie na zawołanie.
Ale może.
To nie był wielki cud. To był mały sygnał
Nie napiszę, że nagle jestem zdrowy.
Nie napiszę, że SM zniknęło.
Nie napiszę też, że od teraz wszystko będzie już tylko łatwe.
Bo życie z SM nauczyło mnie ostrożności.
Ale napiszę coś innego.
Dzisiaj dostałem sygnał, że warto dalej robić swoje.
Takie małe zwycięstwa nie rozwiązują wszystkich problemów, ale dają paliwo. Takie wewnętrzne „dobra, idziemy dalej”.
Podobny temat poruszałem już przy wpisie o tym, czy można odzyskać coś, co SM zabrało. Wtedy też nie pisałem o cudzie, tylko o nadziei i małych zmianach, które zaczynam zauważać: Czy można odzyskać to, co SM zabrało?
Może właśnie tak wygląda przełom
Kiedyś myślałem, że przełom musi wyglądać spektakularnie.
Że człowiek pewnego dnia wstaje i wszystko nagle wraca.
Dzisiaj myślę inaczej.
Może przełom wygląda właśnie tak.
Najpierw jeden lepszy ruch.
Potem jedno sprawniejsze podniesienie się z łóżka.
Potem dzień, w którym człowiek nie walczy aż tak mocno z własnym ciałem.
A potem przychodzi myśl:
„Kurczę, może jednak coś się zmienia”.
I dla mnie to już jest dużo.
Nie wszystko zależy ode mnie, ale wiele rzeczy wciąż mogę zmienić
Coraz częściej wracam do jednej myśli.
Nie wszystko zależy ode mnie.
Nie mam pełnej kontroli nad SM. Nie mam pełnej kontroli nad tym, jak zachowa się moje ciało jutro rano. Nie mam wpływu na wszystko, co już się wydarzyło.
Ale mam wpływ na to, czy dzisiaj spróbuję.
Mam wpływ na to, czy dam negatywnym myślom przejąć kierownicę.
Mam wpływ na to, czy po gorszym dniu całkiem odpuszczę, czy jednak wrócę do ćwiczeń.
I chyba właśnie tego uczę się najbardziej.
Nie wygrywać codziennie.
Tylko nie znikać z własnej walki.
Przeczytaj również
Jeśli interesuje Cię, jak wyglądały u mnie wcześniejsze małe sygnały poprawy, zajrzyj tutaj: Czy to naprawdę wraca? Pierwsze oznaki, które trudno zignorować.
O tym, jak bardzo nogi potrafią zaskakiwać przy SM, pisałem też w tym wpisie: Moje nogi rwą się do wstawania.
A jeśli chcesz przeczytać więcej o rehabilitacji i codziennym odzyskiwaniu sprawności, zajrzyj do tego tekstu: Budowanie mobilności poprzez stabilność.
Więcej tekstów z tego działu znajdziesz tutaj: Rehabilitacja i odzyskiwanie sprawności przy SM.
Ważna informacja
Wszystko, co opisuję na tym blogu, wynika wyłącznie z moich osobistych doświadczeń z życia ze stwardnieniem rozsianym (SM). Nie jestem lekarzem, fizjoterapeutą ani dietetykiem i nie udzielam porad medycznych.
To, co sprawdziło się u mnie, nie musi przynieść takich samych efektów u innych osób. Każdy organizm jest inny, dlatego wszelkie decyzje dotyczące leczenia, rehabilitacji, suplementacji czy diety warto podejmować po konsultacji z lekarzem lub odpowiednim specjalistą.


Komentarze