Każdy gorszy dzień wydawał mi się początkiem końca. Dziś patrzę na to zupełnie inaczej

 

Każdy gorszy dzień wydawał mi się początkiem końca. Dziś patrzę na to zupełnie inaczej

13 lipca 2026




Jeszcze kilka lat temu wystarczył jeden gorszy poranek, żebym w głowie zdążył napisać scenariusz najgorszego możliwego dnia. Co ciekawe, moje ciało bardzo często miało na ten temat zupełnie inne zdanie.

Otwierałem oczy i jeszcze dobrze nie zdążyłem się obudzić, a już wiedziałem, że coś jest nie tak.

Nogi ciężkie. Ręka słabsza. Plecy napięte. Głowa niby działała, ale jak komputer, który właśnie postanowił zainstalować aktualizację w najmniej odpowiednim momencie.

Pierwsza myśl?

„No pięknie. Znowu się pogorszyło.”

Druga była jeszcze bardziej optymistyczna:

„A jeśli już tak zostanie?”

A trzecia zwykle zdążyła zorganizować mi w głowie pogrzeb resztek sprawności, zanim jeszcze napiłem się porannej kawy.

Tak działał mój umysł. Jedna słabsza chwila i natychmiast uruchamiał pełne dochodzenie. Bez badań, bez lekarza i bez chwili zastanowienia. Mój wewnętrzny neurolog był szybki, stanowczy i – jak się później często okazywało – kompletnie nie miał racji.

Jeden gorszy poranek i od razu najczarniejszy scenariusz

Żyjąc przez wiele lat ze stwardnieniem rozsianym, człowiek zaczyna bardzo dokładnie obserwować swoje ciało.

Może nawet zbyt dokładnie.

Każde drżenie, napięcie mięśnia, słabszy ruch nogi czy problem ze wstaniem natychmiast zwraca uwagę. Trudno to zignorować, szczególnie kiedy człowiek dobrze pamięta, że część wcześniejszych zmian rzeczywiście zostawała z nim na dłużej.

Dlatego przez lata gorszy dzień oznaczał dla mnie przede wszystkim strach.

Nie zawsze wielką panikę. Czasem było to tylko niewielkie ukłucie niepokoju gdzieś z tyłu głowy. Ale ono wystarczało, żeby cały dzień zaczął wyglądać inaczej.

Zamiast spokojnie sprawdzić, co naprawdę się dzieje, zaczynałem analizować.

Czy noga jest słabsza niż wczoraj?

Czy ręka gorzej pracuje?

Czy plecy są bardziej napięte?

Czy to zmęczenie?

Czy może rzut?

Czy już tak zostanie?

Po pięciu minutach miałem więcej pytań niż lekarz podczas wizyty kontrolnej. Tyle że żadnej odpowiedzi.

SM nauczyło mnie, że organizm nie działa jak linijka

Po wielu latach z SM zacząłem jednak zauważać coś ważnego.

Mój organizm nie pogarszał się równą linią.

Nie było tak, że skoro jednego dnia nogi pracowały słabiej, to następnego musiały być jeszcze gorsze. Czasami było dokładnie odwrotnie.

Jednego dnia ledwo radziłem sobie z ruchem. Następnego ciało nagle współpracowało znacznie lepiej, jakby poprzedniego dnia urządziło sobie po prostu wolne bez uzgodnienia tego ze mną.

Z czasem zacząłem dostrzegać pewne zależności.

Upał potrafił zabrać mi mnóstwo siły. Wystarczył chłodniejszy dzień, a organizm nagle przypominał sobie, że jednak potrafi działać. Pisałem o tym szerzej we wpisie „Dopiero chłodniejszy dzień pokazał mi, ile upał zabiera przy SM”.

Znaczenie miał też sen. Napięcie. Stres. Sposób siedzenia na wózku. Ułożenie pleców. Nawet to, jak poduszka uciskała mięśnie z tyłu ud.

Czasami problem, który w pierwszej chwili wyglądał jak kolejny wielki krok choroby, okazywał się efektem przeciążenia jednego mięśnia albo nieprawidłowego ruchu.

Oczywiście nie oznacza to, że każdy objaw można lekceważyć.

Wręcz przeciwnie.

Nowe, mocne albo utrzymujące się objawy powinny być konsultowane z lekarzem. Sam nauczyłem się jednak, że nie muszę od razu wydawać wyroku na podstawie jednego słabszego poranka.

Czasami winne są nogi. Czasami plecy. A czasami głowa

Przez długi czas, kiedy miałem problem ze wstaniem, automatycznie myślałem:

„Nogi są za słabe.”

To wydawało się logiczne.

Skoro nie mogłem wykonać ruchu, to przecież winne musiały być nogi. Proste.

Tyle że ciało nie zawsze przejmuje się prostymi wyjaśnieniami.

Zacząłem zauważać, że ogromne znaczenie mają plecy, mięśnie głębokie, napięcie całego tułowia i sposób, w jaki ustawiam ciało przed ruchem.

Czasami rozciągnięcie pleców przed próbą wstania wcale mi nie pomagało. Wręcz przeciwnie – miałem wrażenie, że lecę do przodu, a nogi zupełnie nie wiedzą, co mają robić.

Innym razem wystarczyło mocniej złapać poręcz, napiąć plecy i dopiero wtedy rozpocząć ruch. Nagle nogi zaczynały współpracować.

Nie idealnie. Bez cudów i orkiestry grającej zwycięski marsz w tle.

Ale współpracowały.

To właśnie takie chwile nauczyły mnie, że nie każdy gorszy ruch oznacza utratę sprawności. Czasem organizm ma siłę, tylko nie potrafię w danym momencie właściwie jej uruchomić.

Najwięcej potrafiła zepsuć pierwsza myśl

Z czasem zauważyłem jeszcze jedną rzecz.

Moja pierwsza myśl miała ogromny wpływ na to, co robiłem dalej.

Kiedy od razu zakładałem, że nie dam rady, całe ciało robiło się jeszcze bardziej napięte. Ruch stawał się sztywny. Ręce zaciskały się mocniej, plecy pracowały gorzej, a nogi zamiast pomagać, zaczynały zachowywać się jak dwóch pracowników, którzy przyszli do firmy, ale stanowczo odmówili rozpoczęcia zmiany.

Im bardziej się bałem, tym gorzej mi szło.

A im gorzej mi szło, tym bardziej byłem przekonany, że właśnie nastąpiło kolejne pogorszenie.

Piękne błędne koło. Brakowało tylko biletu wstępu.

Dzisiaj próbuję zatrzymać się przed wydaniem wyroku.

Zamiast mówić:

„Nie dam rady”,

staram się pomyśleć:

„Spokojnie. Najpierw sprawdźmy.”

Czasami naprawdę nie daję rady. Nie zamierzam udawać bohatera, który samą siłą pozytywnego myślenia naprawia układ nerwowy.

Ale zdarzają się również sytuacje, w których ciało potrafi więcej, niż podpowiada mi strach.

O tym konflikcie pomiędzy ciałem a głową pisałem również we wpisie „To nie moje nogi chciały się poddać. Mózg mówił co innego”.

Gorszy dzień to jeszcze nie pogorszenie

Dzisiaj wiem, że gorszy dzień może mieć wiele przyczyn.

Może być skutkiem upału.

Nieprzespanej nocy.

Stresu.

Zmęczenia po rehabilitacji.

Zbyt długiego siedzenia w jednej pozycji.

Napięcia mięśni.

Problemów z jelitami.

Infekcji albo osłabienia organizmu.

Czasem wystarczy kilka takich elementów naraz i człowiek czuje się, jakby choroba zrobiła ogromny krok do przodu.

A później przychodzi chłodniejszy dzień, lepsza noc, spokojniejsza głowa albo właściwe ćwiczenie – i okazuje się, że część tego „pogorszenia” gdzieś zniknęła.

Dlatego dziś nie pytam już od razu:

„Co SM znowu mi zabrało?”

Najpierw próbuję ustalić:

„Co wydarzyło się przez ostatnie godziny lub dni?”

Czy było gorąco?

Czy dobrze spałem?

Czy siedziałem zbyt długo?

Czy nie przesadziłem z ćwiczeniami?

Czy jestem zdenerwowany?

Czy ciało potrzebuje odpoczynku, czy raczej delikatnego ruchu?

To podejście nie rozwiązuje wszystkich problemów. Daje mi jednak coś bardzo ważnego – chwilę spokoju pomiędzy objawem a strachem.

Nie chcę już przegrywać dnia, zanim naprawdę się zacznie

Najgorsze w dawnym podejściu było to, że czasami przegrywałem cały dzień już rano.

Nie dlatego, że rzeczywiście wydarzyło się coś dramatycznego.

Przegrywałem go, ponieważ uznałem, że na pewno będzie źle.

Jedna nieudana próba ruchu wystarczała, żeby odebrać mi spokój, energię i ochotę do dalszego działania.

Dzisiaj staram się zostawić sobie trochę miejsca na zmianę.

Poranek może być słaby, a popołudnie lepsze.

Jedno ćwiczenie może nie wyjść, a kolejne już tak.

Nogi mogą rano odmówić współpracy, ale później wykonać ruch, którego kompletnie się po nich nie spodziewałem.

SM jest nieprzewidywalne. To prawda.

Ale skoro może mnie negatywnie zaskoczyć, to czasem może też zaskoczyć pozytywnie.

Nie twierdzę, że od dziś każdy gorszy dzień będę przyjmował ze spokojem mnicha siedzącego na szczycie góry. Nadal potrafię się zdenerwować. Nadal analizuję. Nadal czasami przesadzam.

Tyle że coraz częściej potrafię powiedzieć sam do siebie:

„Michał, spokojnie. Już nieraz wydawało ci się, że to koniec, a następnego dnia ciało pokazało ci coś zupełnie innego.”

Po 27 latach z SM nauczyłem się nie stawiać kropki zbyt wcześnie

Nie wiem, jaki będzie mój następny dzień.

Nie wiem, jak zachowają się nogi, ręce ani plecy.

Nie mam wpływu na wszystko.

Mam jednak wpływ na to, czy po pierwszej nieudanej próbie od razu napiszę w głowie najgorsze zakończenie.

Dzisiaj wolę postawić przecinek.

Dać sobie chwilę.

Sprawdzić temperaturę, napięcie mięśni, pozycję ciała i własne zmęczenie. Spróbować jeszcze raz – spokojniej i bez walki ze sobą.

Bo gorszy dzień naprawdę nie zawsze oznacza pogorszenie.

Czasem jest tylko gorszym dniem.

I choć brzmi to banalnie, dojście do tego zajęło mi prawie 27 lat życia ze stwardnieniem rozsianym.

Najważniejsze jednak, że w końcu to zrozumiałem.

Nie każdy słabszy poranek jest początkiem końca. Czasami jest tylko początkiem dnia, który jeszcze może mnie pozytywnie zaskoczyć.





Przeczytaj również


Metaopis: Czy każdy gorszy dzień przy stwardnieniu rozsianym oznacza pogorszenie choroby? Po 27 latach z SM nauczyłem się odróżniać słabszy poranek od prawdziwej zmiany.

Hashtagi: #stwardnienierozsiane #SM #życiezSM #objawySM #rehabilitacja #niepełnosprawność #gorszydzień #nadzieja #codziennośćzSM #JaISM

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rehabilitacja przy SM. Dziś nogi dostały wycisk, ale pojawiła się też nadzieja

Stwardnienie rozsiane, którego podobno nie mam. 30 lat szukania odpowiedzi

SM i ćwiczenia z gumami – pierwszy raz od dawna poczułem prawdziwy progres