Przez lata myślałem, że wszystko zależy od SM. Dziś wiem, że część nadal jest w moich rękach

 

7 lipca 2026

Przez lata myślałem, że wszystko zależy od SM. Dziś wiem, że część nadal jest w moich rękach





Podsumowanie

Przez długi czas żyłem z przekonaniem, że skoro mam stwardnienie rozsiane, to choroba decyduje prawie o wszystkim. O moich nogach, sile, planach, humorze, zmęczeniu i codzienności. Dopiero po latach zacząłem zauważać, że to nie jest cała prawda.

Nie mam wpływu na wszystko. I nigdy nie będę miał. Ale są rzeczy, które nadal są w moich rękach. Czasem bardzo małe. Czasem prawie niewidoczne. A jednak to właśnie one potrafią z czasem zmienić najwięcej.

Nie od razu to zrozumiałem

Hej 😊

Są takie zdania, które człowiek niby zna od lat, ale dopiero któregoś dnia naprawdę zaczyna je rozumieć.

U mnie jednym z takich zdań jest to, że nie wszystko zależy ode mnie, ale nie wszystko też zależy od choroby.

Przez wiele lat, kiedy miałem gorszy dzień, moja głowa szła najkrótszą drogą.

SM.

Słabsze nogi? SM.

Większe zmęczenie? SM.

Gorsze wstawanie? SM.

Brak siły? SM.

Zły nastrój? Też pewnie SM.

Nie mówię, że to było zupełnie bez sensu. Stwardnienie rozsiane naprawdę potrafi mieszać w życiu człowieka. Potrafi wejść w zwykły dzień bez pytania. Potrafi sprawić, że coś, co wczoraj było jeszcze możliwe, dziś nagle staje się walką.

Ale z czasem zacząłem widzieć, że jeżeli wszystko wrzucam do jednego worka z napisem SM, to odbieram sobie coś bardzo ważnego.

Odbieram sobie wpływ.

Bo jeśli wszystko jest tylko chorobą, to po co próbować?

Jeśli wszystko jest już przesądzone, to po co ćwiczyć?

Jeśli każdy gorszy dzień oznacza tylko kolejną przegraną, to po co szukać przyczyny, odpoczywać, poprawiać drobiazgi, zmieniać sposób działania?

I właśnie tu zaczęło mi coś nie pasować.

Najtrudniejsze było odróżnić chorobę od reszty życia

Życie z SM ma jedną podstępną cechę. Człowiek łatwo zaczyna patrzeć na wszystko przez chorobę.

Trochę tak, jakby SM stało się filtrem założonym na oczy.

Budziłem się słabszy i od razu pojawiała się myśl: znowu gorzej.

Miałem problem z nogami i myślałem: no tak, choroba robi swoje.

Przychodził upał, zmęczenie albo stres, a ja czasem nawet nie próbowałem rozdzielać, co jest czym.

Dziś patrzę na to ostrożniej.

Bo wiem, że pogorszenie samopoczucia nie zawsze musi oznaczać to samo. Czasem organizm reaguje na ciepło. Czasem na infekcję. Czasem na brak snu. Czasem na stres. Czasem na kilka rzeczy naraz.

Nie jestem lekarzem i nie próbuję sam sobie stawiać diagnoz. Ale nauczyłem się jednego: warto nie przypisywać wszystkiego automatycznie do SM.

Pisałem już o tym szerzej we wpisie „Przez lata myślałem, że każde pogorszenie to tylko SM”, bo to była dla mnie naprawdę ważna zmiana myślenia.

Nie taka efektowna. Nie taka, że człowiek nagle wstaje i wszystko działa.

Raczej cicha.

Ale bardzo potrzebna.

To, co nadal mogę zrobić

Najłatwiej byłoby powiedzieć, że choroba zabrała mi za dużo i już nic ode mnie nie zależy.

Czasem człowiek ma do tego prawo.

Szczególnie kiedy ciało nie słucha. Kiedy wstawanie z łóżka robi się wyprawą. Kiedy nogi nie chcą współpracować. Kiedy trzeba kombinować z każdym ruchem, jakby zwykłe życie było jakimś trudnym zadaniem technicznym.

A jednak ostatnie miesiące pokazały mi coś innego.

Może nie mam wpływu na wszystko, ale mam wpływ na to, czy dzisiaj spróbuję.

Mam wpływ na to, czy zrobię kilka ćwiczeń.

Mam wpływ na to, czy będę obserwował swoje ciało zamiast od razu się załamywać.

Mam wpływ na to, czy powiem rehabilitantowi, co dokładnie czuję.

Mam wpływ na to, czy po gorszym dniu uznam, że to koniec, czy raczej potraktuję go jako informację.

I może właśnie to jest najważniejsze.

Nie wielkie hasła.

Nie cudowne przełomy.

Tylko małe decyzje, które powtarzane codziennie zaczynają budować coś większego.

Kiedyś napisałem wpis „Czy można odzyskać to, co SM zabrało?”. Dziś wracam do tego pytania trochę inaczej.

Bo może nie zawsze chodzi o odzyskanie wszystkiego.

Może czasem chodzi o odzyskanie jednego ruchu.

Jednej odrobiny pewności.

Jednego spokojniejszego poranka.

Jednej myśli, że jednak jeszcze nie wszystko zostało zamknięte.

Rehabilitacja nauczyła mnie pokory

Rehabilitacja przy SM nie jest dla mnie prostą drogą.

Nie wygląda tak, że człowiek ćwiczy, a potem każdego dnia jest lepiej.

Czasem jest lepiej.

Czasem jest gorzej.

Czasem po jednym ćwiczeniu czuję, że coś się obudziło.

A czasem mam wrażenie, że ciało śmieje mi się prosto w twarz i mówi: dzisiaj nie.

Długo myślałem, że największy problem mam w nogach. Bo to nogi nie chciały mnie nieść. To nogi odmawiały posłuszeństwa. To nogi decydowały, czy wstanę, czy nie.

Dopiero później zacząłem podejrzewać, że u mnie problem może zaczynać się też wyżej. W tułowiu, stabilizacji, plecach, brzuchu, napięciu całego ciała.

Opisywałem to we wpisie „Myślałem, że problemem są moje nogi”, bo dla mnie była to jedna z tych obserwacji, które zmieniają sposób patrzenia na siebie.

Oczywiście nie twierdzę, że tak jest u każdego.

SM u każdego może wyglądać inaczej.

U mnie po prostu coraz częściej widzę, że kiedy tułów nie trzyma, nogi mają jeszcze trudniej. Jakby całe ciało musiało najpierw znaleźć punkt oparcia, zanim zrobi następny krok.

I to też jest coś, co w pewnym sensie nadal jest w moich rękach.

Mogę nie zrobić wszystkiego.

Ale mogę zrobić jedno ćwiczenie.

Mogę spróbować poprawić pozycję.

Mogę obserwować, co działa, a co mnie tylko męczy.

Mogę uczyć się swojego ciała od nowa, nawet jeśli czasem idzie to okropnie wolno.

Nie chodzi o udawanie bohatera

Nie lubię takiego gadania, że wszystko zależy od nastawienia.

Bo nie zależy.

Gdyby wszystko zależało od nastawienia, wielu ludzi z SM już dawno byłoby zdrowych, sprawnych i spokojnych.

To nie jest takie proste.

Pozytywne myślenie nie zastąpi leczenia, rehabilitacji, odpoczynku ani pomocy drugiego człowieka.

Ale z drugiej strony nie chcę też wpadać w drugą skrajność i mówić, że nic nie ma sensu.

Bo to też nie jest prawda.

Między naiwnym „wszystko będzie dobrze” a ciężkim „nic już nie mogę” jest jeszcze dużo miejsca.

I ja chyba właśnie tam próbuję żyć.

W tym środku.

Bez lukru, ale też bez składania broni.

Bez udawania, że SM nie istnieje, ale też bez oddawania mu każdej decyzji.

To nie zawsze wychodzi.

Są dni, kiedy mam dość.

Są chwile, kiedy człowiekowi nie chce się już analizować, ćwiczyć, poprawiać, próbować i jeszcze raz próbować.

Ale potem przychodzi moment, w którym robię jedną małą rzecz.

Poprawiam nogę.

Napinam brzuch.

Próbuję usiąść prościej.

Robię kilka powtórzeń.

Piszę kolejny tekst.

I nagle okazuje się, że ten dzień nie był całkiem przegrany.

Może właśnie od tego zaczyna się nadzieja

Kiedyś myślałem, że nadzieja musi być wielka.

Że musi oznaczać przełom.

Że jeśli ma się pojawić, to od razu w postaci wielkiej zmiany.

Dziś coraz częściej myślę, że nadzieja przy SM bywa dużo cichsza.

Czasem jest w tym, że człowiek po gorszym poranku nie przekreśla całego dnia.

Czasem w tym, że po upale czeka na chłodniejszy moment i sprawdza, czy ciało trochę odpuści. Pisałem o tym przy okazji tekstu „Dopiero chłodniejszy dzień pokazał mi, ile upał zabiera przy SM”.

Czasem nadzieja jest w tym, że człowiek zaczyna rozumieć swoje objawy trochę lepiej niż rok temu.

A czasem w tym, że mimo całego zmęczenia nadal szuka sposobu, żeby żyć po swojemu.

Nie wiem, co będzie dalej.

Nie mam żadnej pewności.

Ale wiem jedno.

Przez lata myślałem, że wszystko zależy od SM.

Dziś wiem, że to nieprawda.

SM ma ogromny wpływ na moje życie.

Nie będę tego pomniejszał.

Ale są jeszcze moje decyzje.

Moje próby.

Moje obserwacje.

Moja rehabilitacja.

Mój odpoczynek.

Moje pisanie.

Moje małe codzienne wybory.

I właśnie one przypominają mi, że choć nie wszystko jest w moich rękach, to nadal jest tam więcej, niż kiedyś myślałem.

Przeczytaj również

Przez lata myślałem, że każde pogorszenie to tylko SM – tekst o tym, dlaczego nie warto automatycznie przypisywać wszystkiego chorobie i czasem trzeba sprawdzić coś więcej.

Myślałem, że problemem są moje nogi – wpis o tym, jak zacząłem inaczej patrzeć na pracę tułowia, stabilizację i codzienną rehabilitację.

Czy można odzyskać to, co SM zabrało? – osobisty tekst o nadziei, sprawności i szukaniu małych oznak poprawy.

Więcej tekstów o rehabilitacji, odzyskiwaniu sprawności i codziennej walce z ograniczeniami znajdziesz tutaj: Rehabilitacja i odzyskiwanie sprawności.




Ważna informacja

Wszystko, co opisuję na tym blogu, wynika wyłącznie z moich osobistych doświadczeń z życia ze stwardnieniem rozsianym (SM). Nie jestem lekarzem, fizjoterapeutą ani dietetykiem i nie udzielam porad medycznych.

To, co sprawdziło się u mnie, nie musi przynieść takich samych efektów u innych osób. Każdy organizm jest inny, dlatego wszelkie decyzje dotyczące leczenia, rehabilitacji, suplementacji czy diety warto podejmować po konsultacji z lekarzem lub odpowiednim specjalistą.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rehabilitacja przy SM. Dziś nogi dostały wycisk, ale pojawiła się też nadzieja

Stwardnienie rozsiane, którego podobno nie mam. 30 lat szukania odpowiedzi

SM i ćwiczenia z gumami – pierwszy raz od dawna poczułem prawdziwy progres