Każdy poranek przy SM to niewiadoma. Dzisiaj moje nogi znowu odmówiły posłuszeństwa

 

4 lipca 2026

Każdy poranek przy SM to niewiadoma. Dzisiaj moje nogi znowu odmówiły posłuszeństwa

Podsumowanie

Są takie poranki przy stwardnieniu rozsianym, kiedy człowiek budzi się i jeszcze nie wie, czy ciało będzie z nim współpracować. Głowa wysyła komendę: wstań. A nogi odpowiadają ciszą. Dzisiaj właśnie tak się zaczęło.




Poranek, który od razu postawił mnie do pionu. Chociaż właśnie z tym pionem był największy problem

Dzisiaj rano byłem przekonany, że po prostu wstanę.

Nie mówię, że lekko. Nie mówię, że szybko. Ale gdzieś w głowie była ta zwykła komenda: dobra, trzeba się podnieść, trzeba zacząć dzień.

I wtedy przyszło to dobrze znane zderzenie z rzeczywistością.

Głowa mówi jedno, a nogi robią drugie. A właściwie nie robią nic.

To jest jeden z tych momentów w życiu z SM, których zdrowy człowiek może nie zrozumieć. Bo przecież dla wielu osób wstanie z łóżka to odruch. Człowiek otwiera oczy, siada, stawia nogi na podłodze i jakoś idzie dalej.

U mnie czasami wygląda to zupełnie inaczej.

Najpierw myśl. Potem próba. Potem napięcie. Potem złość. Potem kolejne podejście. I dopiero gdzieś między tym wszystkim pojawia się pytanie: czy dzisiaj moje ciało w ogóle pozwoli mi zacząć dzień?

Najgorsze jest to, że komenda z głowy naprawdę idzie

To nie jest tak, że mi się nie chce.

To nawet nie jest zwykłe zmęczenie.

Najbardziej wkurzające jest właśnie to, że w głowie wszystko wygląda normalnie. Człowiek myśli: teraz podciągnę nogi, teraz się przekręcę, teraz oprę się, teraz wstanę.

A potem ciało mówi: nie.

Albo jeszcze gorzej — ciało udaje, że słyszy, ale nie wykonuje polecenia.

Dzisiaj miałem dokładnie takie wrażenie. Jakby sygnał gdzieś szedł, ale po drodze coś się rozłączało. Niby wiem, co mam zrobić. Niby ciało powinno znać ten ruch. Niby przecież robiłem to już setki razy.

A jednak nogi znowu odmówiły posłuszeństwa.

I wtedy w człowieku zaczyna się gotować.

Najpierw spokojnie próbujesz jeszcze raz. Potem mocniej. Potem zaczynasz się denerwować. Potem człowiek sam na siebie podnosi głos, jakby to miało pomóc.

A nie pomaga.

Szarpanie też nie pomaga.

Złość też nie pomaga.

Ale kiedy człowiek jest w środku tej sytuacji, to bardzo łatwo o tym zapomnieć.

Złość przy SM potrafi zabrać resztkę siły

Dzisiaj złapałem się na tym, że zaczynam się nakręcać.

Bo ile można?

Wczoraj jakoś było. Innym razem nogi potrafiły zareagować lepiej. Czasami po rehabilitacji czuję, że coś się budzi. Czasami mam wrażenie, że organizm jeszcze walczy. A potem przychodzi taki poranek i wszystko staje na głowie.

Nie wiesz, czy to tylko gorsza godzina.

Nie wiesz, czy to zmęczenie.

Nie wiesz, czy stres.

Nie wiesz, czy napięcie mięśni.

Nie wiesz, czy po prostu SM znowu przypomniało, że ono nadal tu jest.

I właśnie ta niewiadoma potrafi najbardziej rozwalić psychikę.

Bo człowiek nawet nie zaczyna dnia od planu. Zaczyna od negocjacji z własnym ciałem.

Proszę, rusz się.

Dobra, jeszcze raz.

No dalej.

Nie wygłupiaj się.

I nagle człowiek orientuje się, że mówi do własnych nóg, jakby one były osobnym człowiekiem, który się obraził i nie chce współpracować.

W nocy nogi były spokojniejsze, ale rano i tak przyszła masakra

Co ciekawe, w nocy nie było aż takiego chaosu jak czasami.

Zdarzało się, że nogi gdzieś uciekały na boki. Albo ciągnęły się w kierunku klatki piersiowej. Albo ciało układało się tak, jakby samo chciało coś zrobić, tylko zupełnie bez pytania mnie o zgodę.

Dzisiaj w nocy było spokojniej.

Nogi leżały w miarę normalnie.

Były napięte, to fakt. Czułem, że tam nie ma pełnego luzu. Ale nie było takiego nocnego szarpania i uciekania.

I może właśnie dlatego rano zaskoczenie było jeszcze większe.

Bo człowiek myśli: skoro noc była spokojniejsza, to może rano będzie lepiej.

A tu niespodzianka.

Nie było lepiej.

Było ciężko.

I to jest chyba jedna z najbardziej męczących rzeczy w stwardnieniu rozsianym. Brak prostego schematu. Brak pewności. Brak zasady, że jeśli wczoraj było tak, to dzisiaj będzie podobnie.

Przy SM każdy poranek potrafi być osobną historią.

Nie chodzi tylko o nogi. Chodzi o poczucie kontroli

Kiedyś myślałem, że największym problemem są słabe nogi.

Dzisiaj coraz częściej mam wrażenie, że problem jest głębiej.

Bo nogi to jedno. Ich siła, napięcie, reakcja, spastyczność, zmęczenie — to wszystko jest ważne. Ale za tym stoi coś jeszcze.

Poczucie kontroli.

Albo raczej jego brak.

Bo jeżeli człowiek nie wie, czy za chwilę uda mu się wstać z łóżka, to trudno spokojnie planować resztę dnia.

Można mieć chęci. Można mieć plan. Można mieć w głowie całą listę rzeczy do zrobienia. Ale najpierw trzeba przejść ten pierwszy etap.

Podnieść się.

Usiąść.

Ustawić ciało.

Przekonać nogi, żeby jednak wzięły udział w tym dniu.

I dopiero wtedy można mówić o czymkolwiek dalej.

Największa pułapka: zdenerwować się za szybko

Dzisiaj znowu zobaczyłem jedną rzecz.

Kiedy zaczynam się wkurzać, robi się jeszcze gorzej.

Nie dlatego, że złość jest czymś złym sama w sobie. Czasami ona po prostu wychodzi. Człowiek ma prawo mieć dość. Ma prawo być zmęczony. Ma prawo powiedzieć pod nosem kilka słów, których lepiej nie cytować na blogu.

Problem w tym, że ciało przy SM często nie lubi presji.

Im bardziej próbuję na siłę, tym bardziej wszystko się zacina.

Im bardziej się szarpię, tym mniej mam kontroli.

Im bardziej chcę natychmiast, tym bardziej organizm mówi: spokojnie, kolego, nie tędy droga.

I to jest cholernie trudne, bo przecież kiedy coś nie wychodzi, naturalny odruch jest taki, żeby docisnąć mocniej.

A przy SM czasami trzeba zrobić odwrotnie.

Odpuścić na chwilę.

Uspokoić oddech.

Dać ciału moment.

Nie dlatego, że człowiek się poddaje. Tylko dlatego, że walka na siłę czasami odbiera więcej, niż daje.

To nie był piękny poranek. Ale był prawdziwy

Nie chcę udawać, że zawsze jestem spokojny.

Nie chcę pisać, że każdy trudny moment zamieniam od razu w wielką lekcję życia.

Bo nie zamieniam.

Dzisiaj byłem wkurzony.

Bolała mnie głowa.

Ciało nie słuchało.

Nogi nie chciały mnie podnosić.

I przez chwilę miałem po prostu serdecznie dość.

Ale może właśnie dlatego warto o tym pisać. Bo życie z SM to nie są tylko wielkie przełomy, rehabilitacja, nadzieja i ładne zdania.

To są też takie poranki, kiedy człowiek siedzi albo leży i próbuje dogadać się z własnym ciałem.

To są momenty, kiedy złość miesza się ze strachem.

To są chwile, kiedy nie wiadomo, czy za kilka minut będzie lepiej, czy dzień od początku będzie walką.

Najważniejsze, żeby nie uznać jednego poranka za wyrok

Jedna rzecz wraca do mnie coraz częściej.

Nie mogę oceniać całego dnia po pierwszych minutach.

To trudne, bo poranek ustawia głowę. Jeśli start jest fatalny, człowiek od razu myśli, że cały dzień będzie do niczego.

A przecież nie zawsze tak jest.

Czasami ciało odpala później.

Czasami po chwili napięcie trochę puszcza.

Czasami trzeba kilka razy podejść do tego samego ruchu.

Czasami trzeba przestać się szarpać, żeby odzyskać choć odrobinę kontroli.

Nie zawsze się udaje. Nie będę udawał, że wystarczy pozytywne myślenie i wszystko nagle działa.

Nie wystarczy.

Ale wiem jedno: jeśli od razu uznam, że dzień jest przegrany, to sam dokładam sobie ciężar.

A tego ciężaru przy SM i tak jest wystarczająco dużo.

Ten poranek przypomniał mi, że rehabilitacja zaczyna się też w głowie

Dużo ostatnio myślę o rehabilitacji.

O nogach, plecach, brzuchu, napięciu, wstawaniu, stabilności. O tym, że ciało musi mieć z czego wykonać ruch.

Ale dzisiaj dostałem przypomnienie, że rehabilitacja to nie tylko mięśnie.

To też cierpliwość.

To umiejętność zatrzymania się, zanim frustracja przejmie ster.

To zgoda na to, że nie każdy poranek będzie taki sam.

To próba zachowania resztki spokoju wtedy, kiedy ciało zachowuje się tak, jakby nagle zapomniało najprostszych rzeczy.

Nie lubię takich lekcji.

Wolałbym uczyć się spokojniej.

Wolałbym rano po prostu wstać, zrobić swoje i nie analizować każdego ruchu.

Ale skoro już tak jest, to próbuję wyciągnąć z tego coś dla siebie.

Przeczytaj również

Myślałem, że największym problemem są moje nogi — wpis o tym, że przy SM problem czasem leży głębiej niż sama siła nóg.

Budowanie mobilności poprzez stabilność — tekst o tym, dlaczego coraz bardziej patrzę na rehabilitację jak na budowanie fundamentów od nowa.

Stres i SM. Dlaczego nauczyłem się wracać do spokoju — bo złość i napięcie potrafią czasem zabrać więcej siły niż samo zmęczenie.

Więcej tekstów z tego działu znajdziesz tutaj: Rehabilitacja i odzyskiwanie sprawności.

Na koniec

Dzisiaj moje nogi znowu odmówiły posłuszeństwa.

Nie będę tego upiększał.

To był trudny, nerwowy i męczący poranek.

Ale nie chcę też robić z niego końca świata.

Bo jeden poranek nie przekreśla całej drogi. Jeden gorszy start nie oznacza, że wszystko, co robię, nie ma sensu. Jeden dzień, w którym ciało nie słucha, nie odbiera mi prawa do kolejnej próby.

Może właśnie na tym polega życie z SM.

Nie na tym, że zawsze jest dobrze.

Tylko na tym, że nawet kiedy rano wszystko idzie źle, człowiek po chwili znowu szuka sposobu, żeby jednak ruszyć dalej.





Ważna informacja

Wszystko, co opisuję na tym blogu, wynika wyłącznie z moich osobistych doświadczeń z życia ze stwardnieniem rozsianym (SM). Nie jestem lekarzem, fizjoterapeutą ani dietetykiem i nie udzielam porad medycznych.

To, co sprawdziło się u mnie, nie musi przynieść takich samych efektów u innych osób. Każdy organizm jest inny, dlatego wszelkie decyzje dotyczące leczenia, rehabilitacji, suplementacji czy diety warto podejmować po konsultacji z lekarzem lub odpowiednim specjalistą.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rehabilitacja przy SM. Dziś nogi dostały wycisk, ale pojawiła się też nadzieja

Stwardnienie rozsiane, którego podobno nie mam. 30 lat szukania odpowiedzi

SM i ćwiczenia z gumami – pierwszy raz od dawna poczułem prawdziwy progres