Myślałem, że problemem są moje nogi. Dziś coraz bardziej podejrzewam, że przy SM wszystko zaczyna się od mięśni tułowia
5 lipca 2026
Myślałem, że problemem są moje nogi. Dziś coraz bardziej podejrzewam, że przy SM wszystko zaczyna się od mięśni tułowia
Podsumowanie
Przy stwardnieniu rozsianym człowiek często myśli, że największy problem leży w nogach. Dzisiaj po kolejnych próbach wstawania coraz mocniej widzę, że sprawa może być bardziej skomplikowana. Może nie chodzi tylko o nogi, ale o brzuch, plecy, pośladki i całe mięśnie tułowia, które powinny mnie utrzymać, zanim ciało pójdzie do góry.
Znowu powtórka z rozrywki
Dzisiaj znowu miałem powtórkę z rozrywki.
Chciałem wstać. Niby prosta rzecz. Człowiek siada, łapie poręcz, napina ciało i powinien się podnieść.
Tylko że przy SM często nic nie jest proste.
Głowa mówi: wstawaj.
Ciało odpowiada: zobaczymy.
I wtedy zaczyna się analiza. Nie taka spokojna, książkowa, tylko analiza na żywo. Co się napina? Co nie działa? Dlaczego mnie cofa? Dlaczego zamiast iść do góry, ciało chce polecieć do tyłu?
Coraz bardziej mam wrażenie, że przez lata za dużo winy zrzucałem na same nogi.
Bo nogi są ważne. Wiadomo. Bez nóg nie wstanę. Ale dziś znowu zobaczyłem, że jeśli nie trzyma mnie tułów, jeśli brzuch, plecy i pośladki nie wykonują swojej roboty, to nogi mogą nawet próbować, a i tak cały ruch się rozsypuje.
Żeby wstać, najpierw muszę się nie przewrócić
To jest rzecz, której zdrowy człowiek może w ogóle nie brać pod uwagę.
Żeby wstać, najpierw muszę zadbać o to, żeby nie polecieć do tyłu.
Siedzę na wprost poręczy. Muszę ją złapać mocnym chwytem. Nie po to, żeby się elegancko podciągnąć jak na filmie rehabilitacyjnym. Tylko po to, żeby ciało nie uciekło mi do tyłu na plecy.
Bo kiedy próbuję uruchomić wstawanie, napinają się nogi, plecy, mięśnie tułowia. I wtedy potrafi mnie dosłownie wywracać.
To nie jest taki ruch, nad którym w pełni panuję.
To bardziej przypomina sytuację, w której ciało odpala jakiś mechanizm, ale nie do końca wiadomo, czy ten mechanizm pójdzie w dobrą stronę.
Jeśli nie złapię poręczy, mam przegwizdane.
Dopiero kiedy trzymam się poręczy, mogę próbować uruchomić resztę ciała. Wtedy dopiero zaczyna się walka o to, żeby nogi, pośladki, brzuch i plecy zadziałały razem.
Coraz bardziej podejrzewam mięśnie tułowia
Kiedyś myślałem prościej.
Słabe nogi, więc trudno wstać.
Dzisiaj już tak tego nie widzę.
Bo samo wyprostowanie nóg to tylko część sprawy. Mięśnie czworogłowe pomagają wyprostować podudzia. Pośladki są potrzebne, żeby biodra poszły do przodu i ciało zaczęło się podnosić. Plecy i brzuch muszą utrzymać tułów, żeby nie było tego cofnięcia, przechylenia i całego chaosu.
A u mnie wygląda to tak, jakby każdy element chciał coś zrobić, ale nie zawsze w tym samym czasie.
Nogi niby dostają komendę.
Brzuch jakby nie trzyma.
Plecy napinają się za mocno albo nie tak, jak trzeba.
Pośladki nie dają tego ruchu, którego potrzebuję.
I nagle wstawanie, które kiedyś było automatem, staje się zadaniem umysłowym.
Muszę myśleć o tym, co dla większości ludzi dzieje się samo.
Zdrowy człowiek nawet nie zauważa tego mechanizmu
Zdrowy człowiek wstaje i idzie.
Nie analizuje, czy brzuch napiął się w odpowiednim momencie.
Nie myśli, czy pośladki pomogły wypchnąć biodra.
Nie zastanawia się, czy plecy utrzymały go przed poleceniem do tyłu.
Nie sprawdza, czy stopa stoi idealnie tam, gdzie powinna.
A ja ostatnio mam wrażenie, że każdy taki szczegół może zdecydować o tym, czy się podniosę, czy zostanę na miejscu.
I właśnie to jest męczące w życiu z SM.
Nie tylko samo osłabienie.
Nie tylko fakt, że ciało nie słucha.
Ale to, że zwykły ruch trzeba rozebrać na części pierwsze.
Jakbym codziennie musiał od nowa uczyć się własnego ciała.
Spróbuj to sobie wyobrazić
Jeśli ktoś zdrowy chce choć trochę zrozumieć, o czym piszę, można zrobić prosty test.
Usiądź na krześle.
Ustaw się nie idealnie, tylko trochę krzywo.
Połóż coś pod jedną stronę ciała, na przykład telefon pod prawy pośladek.
Teraz spróbuj wstać, trzymając się poręczy, która nie jest idealnie tam, gdzie powinna.
Nagle okaże się, że ciało nie działa tak płynnie. Że stopa jest nie tam, gdzie trzeba. Że środek ciężkości ucieka. Że trzeba się pochylić, złapać, ustawić, skorygować.
A teraz wyobraź sobie, że do tego dochodzi SM.
Słabsze mięśnie.
Niepewna reakcja nóg.
Napięcie.
Strach, że polecisz do tyłu.
I głowa, która cały czas próbuje zrozumieć, gdzie jest błąd.
Właśnie tak mniej więcej wygląda u mnie próba wstawania.
Dwie poręcze, przerwa i ciało, które nie lubi kompromisów
U mnie dochodzi jeszcze jedna rzecz.
Są dwie poręcze, a między nimi przerwa. Niby nic wielkiego. Może jakieś trzydzieści centymetrów. Ale przy takim stanie ciała to potrafi mieć ogromne znaczenie.
Żeby złapać jedną poręcz, muszę się lekko przechylić.
A kiedy się przechylam, nogi zostają trochę z boku.
I wtedy spróbuj się podnieść.
Dla zdrowej osoby to detal.
Dla mnie to może być różnica między „dam radę” a „nie ma szans”.
Bo jeśli ciało nie jest ustawione dobrze, to wstawanie nie idzie do góry. Ono zaczyna iść gdzieś w bok, do tyłu, w napięcie, w chaos.
I wtedy człowiek zamiast po prostu wstać, zaczyna walczyć z własną mechaniką.
Kiedyś wystarczyło złapać poręcz
Kiedyś było inaczej.
Łapałem poręcz i ciało jakoś działało.
Może wolniej, może słabiej, ale działało.
Teraz mam wrażenie, że coś się rozregulowało.
Jakby dawny automat przestał działać i trzeba było ręcznie uruchamiać każdy element.
Pomyśl o wstawaniu.
I nic.
Nogi stoją.
Tułów nie idzie.
Pośladki nie pchają.
Brzuch nie trzyma.
Plecy napinają się tak, że zamiast pomagać, czasem przeszkadzają.
I wtedy człowiek siedzi, trzyma się poręczy i próbuje zrozumieć, co właściwie się dzieje.
To jest praca fizyczna i umysłowa jednocześnie
Najbardziej męczy mnie chyba to, że wstawanie przestało być tylko ruchem.
To jest wysiłek fizyczny, ale też ciągłe myślenie.
Analizuję ustawienie nóg.
Analizuję chwyt.
Analizuję napięcie pleców.
Analizuję brzuch.
Analizuję pośladki.
Analizuję, czy mnie nie cofa.
Analizuję, czy w ogóle mam szansę ruszyć do góry.
I dopiero po tym wszystkim próbuję.
Czasami się udaje.
Czasami nie.
A czasami samo przygotowanie do próby zabiera tyle energii, że człowiek ma dość, zanim naprawdę zacznie.
Może właśnie tu jest ważna lekcja
Nie chcę zgrywać specjalisty.
Nie jestem fizjoterapeutą. Nie będę nikomu mówił, co ma ćwiczyć i jak ma ćwiczyć.
Opisuję tylko to, co widzę u siebie.
A u siebie widzę coraz mocniej, że wstawanie przy SM to nie są tylko nogi.
To jest całe ciało.
Brzuch.
Plecy.
Pośladki.
Biodra.
Stopy.
Chwyt ręki.
Poręcz.
Ustawienie krzesła.
Nawet te kilka centymetrów różnicy potrafi zmienić wszystko.
I może dlatego ostatnio tak bardzo skupiam się na stabilności. Bo jeśli ciało nie ma stabilnego środka, to trudno wymagać od nóg, żeby same zrobiły całą robotę.
Nie chcę się oszukiwać, ale nie chcę też odpuścić
Nie będę udawał, że dzisiaj było pięknie.
Nie było.
Była frustracja.
Było analizowanie.
Było zmęczenie.
Było to wkurzające uczucie, że głowa chce, a ciało jakby nie potrafi zebrać się do jednej komendy.
Ale z drugiej strony — coś jednak z tego wynika.
Bo skoro zaczynam lepiej rozumieć, gdzie może być problem, to może łatwiej będzie nad tym pracować.
Nie na zasadzie cudów.
Nie na zasadzie wielkich obietnic.
Tylko małych obserwacji.
Małych korekt.
Małych prób.
Jeśli dzisiaj widzę, że tułów ma ogromne znaczenie, to znaczy, że nie muszę już patrzeć tylko na nogi.
Może trzeba jeszcze mocniej pilnować brzucha, pleców, pośladków i całej stabilizacji.
Może właśnie tam jest część odpowiedzi.
Przeczytaj również
Budowanie mobilności poprzez stabilność — wpis o tym, dlaczego coraz bardziej myślę o rehabilitacji jako budowaniu fundamentów od nowa.
Słabe nogi przy SM? Najpierw upewnij się, czy problem nie leży gdzie indziej — tekst pasujący do dzisiejszych obserwacji o nogach, tułowiu i całej mechanice ruchu.
Moje nogi rwą się do wstawania — wcześniejszy wpis o tym, jak ciało potrafi zaskakiwać nawet po latach choroby.
Więcej tekstów z tego działu znajdziesz tutaj: Rehabilitacja i odzyskiwanie sprawności.
Na koniec
Dzisiaj znowu nie dostałem prostej odpowiedzi.
Ale dostałem kolejną obserwację.
Może problem nie zaczyna się tam, gdzie przez lata myślałem.
Może nogi są tylko ostatnim elementem całego łańcucha.
A wcześniej musi zadziałać brzuch, plecy, pośladki i wszystko to, co trzyma człowieka w pionie.
Przy SM takie rzeczy wychodzą boleśnie.
Bo kiedy jeden element nie działa, nagle widać, jak bardzo potrzebne są wszystkie pozostałe.
I choć dzisiejszy dzień znowu był trudny, to nie chcę go traktować jak porażki.
Traktuję go raczej jak kolejną lekcję.
Nieprzyjemną, męczącą, chwilami wkurzającą.
Ale może potrzebną.
Bo jeśli mam jeszcze coś odbudować, to muszę najpierw zrozumieć, co naprawdę się rozsypało.
Ważna informacja
Wszystko, co opisuję na tym blogu, wynika wyłącznie z moich osobistych doświadczeń z życia ze stwardnieniem rozsianym (SM). Nie jestem lekarzem, fizjoterapeutą ani dietetykiem i nie udzielam porad medycznych.
To, co sprawdziło się u mnie, nie musi przynieść takich samych efektów u innych osób. Każdy organizm jest inny, dlatego wszelkie decyzje dotyczące leczenia, rehabilitacji, suplementacji czy diety warto podejmować po konsultacji z lekarzem lub odpowiednim specjalistą.


Komentarze