Myślałem, że żeby wracać do sprawności, muszę cały czas walczyć. Dziś coraz częściej po prostu nie przeszkadzam własnemu mózgowi

 

Myślałem, że żeby wracać do sprawności, muszę cały czas walczyć. Dziś coraz częściej po prostu nie przeszkadzam własnemu mózgowi

14 lipca 2026



Dzisiaj od rana nie wydarzył się żaden cud. Nie wstałem nagle z wózka, nie zacząłem biegać po podwórku i nie dostałem telefonu ze Sztokholmu z informacją, że właśnie przyznano mi Nagrodę Nobla za rehabilitację. A jednak zauważyłem coś bardzo ważnego. W mojej głowie było spokojniej.

Nie pojawiły się od razu dziwne, negatywne myśli.

Nie analizowałem każdego ruchu.

Nie sprawdzałem co kilka minut, czy nogi są słabsze niż wczoraj.

Nie próbowałem też przewidzieć wszystkiego, co może pójść źle podczas dzisiejszej rehabilitacji.

Po prostu czułem się całkiem dobrze.

Nie idealnie.

Nie jak człowiek, który właśnie dostał nowe ciało na gwarancji.

Ale też nie tragicznie.

I właśnie wtedy dotarła do mnie pewna myśl:

„Może mój mózg wcale nie potrzebuje, żebym cały czas nim kierował. Może czasami najbardziej pomaga mu to, że po prostu przestaję mu przeszkadzać.”

Przez lata wydawało mi się, że muszę kontrolować wszystko

Żyjąc ze stwardnieniem rozsianym, człowiek szybko uczy się obserwować własne ciało.

Czasami nawet zbyt dobrze.

Każdy słabszy ruch zaczyna coś oznaczać.

Każde napięcie mięśnia uruchamia pytania.

Każdy gorszy poranek może wyglądać jak zapowiedź pogorszenia.

W mojej głowie przez długi czas działał bardzo dokładny system kontroli.

Ręka?

Sprawdzona.

Nogi?

Sprawdzone.

Plecy?

Sprawdzone.

Oddychanie?

Też sprawdzone.

Brakowało tylko formularza w trzech egzemplarzach i pieczątki.

Wydawało mi się, że skoro będę wszystko kontrolował, szybciej zauważę problem i łatwiej sobie z nim poradzę.

Tylko że organizm nie zawsze działa lepiej, kiedy człowiek stoi nad nim jak kierownik zmiany i co chwilę pyta:

„No i co? Działamy już?”

Mój mózg czasami zachowywał się jak przeciążony komputer

Coraz częściej porównuję mózg do komputera.

Komputer może być dobry.

Może mieć mocny procesor.

Może wykonywać wiele operacji naraz.

Ale jeśli otworzymy jednocześnie pięćdziesiąt programów, kilkanaście stron internetowych, film, arkusz kalkulacyjny i jeszcze zaczniemy instalować aktualizację, to nawet najlepszy sprzęt może powiedzieć:

„Stary, daj mi chwilę.”

Ze mną bywało podobnie.

Chciałem poruszyć nogą, ale jednocześnie zastanawiałem się:

Czy dobrze siedzę?

Czy plecy są napięte?

Czy ręka trzyma poręcz wystarczająco mocno?

Czy ten ruch jest słabszy niż wczoraj?

Czy to przez SM?

Czy może przez upał?

Czy powinienem próbować dalej?

Czy jeśli nie wyjdzie, to znaczy, że jest gorzej?

W tym momencie mózg miał wykonać jeden prosty ruch, ale ja dorzucałem mu do tego analizę, prognozę, kontrolę jakości i raport końcowy.

A później byłem zdziwiony, że wszystko działa wolniej.

Dzisiaj moja głowa była czystsza

Dzisiaj od rana było inaczej.

Nie wiem, czy miało na to wpływ lepsze samopoczucie, spokojniejszy sen, temperatura czy po prostu fakt, że tym razem nie zacząłem dnia od poszukiwania problemu.

Wiem tylko, że w głowie było więcej miejsca.

Nie miałem tych dziwnych, negatywnych myśli, które potrafią pojawić się bez zaproszenia i od razu ustawić cały dzień pod najgorszy scenariusz.

Nie mówiłem sobie:

„Na pewno będzie źle.”

Nie zakładałem:

„Rehabilitacja pewnie dzisiaj nie wyjdzie.”

Pomyślałem raczej:

„Zobaczymy.”

Niby jedno zwykłe słowo.

A jednak robi ogromną różnicę.

„Na pewno będzie źle” zamyka drzwi jeszcze przed rozpoczęciem próby.

„Zobaczymy” zostawia je przynajmniej uchylone.

Rehabilitacja nie potrzebuje dodatkowego przeciwnika

Dzisiaj mam rehabilitację.

Nie wiem jeszcze, jak pójdzie.

Nie chcę dopisywać zakończenia przed rozpoczęciem historii.

Może nogi będą współpracować lepiej.

Może gorzej.

Może część ćwiczeń wyjdzie dobrze, a część kompletnie nie.

Tak wygląda rzeczywistość przy SM.

Nie ma gwarancji.

Jednego dnia organizm potrafi pozytywnie zaskoczyć, a następnego zachowuje się tak, jakby zapomniał instrukcji obsługi.

Ale coraz mocniej widzę, że rehabilitacja sama w sobie jest wystarczająco trudna.

Nie potrzebuje jeszcze dodatkowego przeciwnika w postaci mojego własnego strachu.

Jeśli przez całe ćwiczenia myślę:

„Nie dam rady”,

to ciało dostaje jasny komunikat, żeby się napiąć, zabezpieczyć i najlepiej nie wykonywać żadnego ryzykownego ruchu.

Jeśli natomiast daję sobie trochę spokoju, łatwiej skupić się na samym ćwiczeniu.

Nie na tym, co będzie za miesiąc.

Nie na tym, czy choroba postępuje.

Nie na porównywaniu każdej próby z wczorajszą.

Tylko na tym jednym ruchu, który wykonuję właśnie teraz.

Nie chodzi o pozytywne myślenie na siłę

Nie chcę, żeby ten wpis zabrzmiał jak kolejna złota rada:

„Myśl pozytywnie, a wszystko będzie dobrze.”

Nie.

Stwardnienie rozsiane nie znika od uśmiechu.

Mięśnie nie odzyskują siły tylko dlatego, że człowiek przyklei sobie na ścianie kartkę z napisem „Dasz radę”.

Gdyby to było takie proste, zamiast rehabilitacji kupiłbym kolorowy marker i kilka bloków technicznych.

Chodzi o coś innego.

Nie o oszukiwanie siebie.

Nie o udawanie, że problemu nie ma.

Chodzi o to, żeby nie dokładać sobie kolejnego problemu, zanim ciało w ogóle zdąży spróbować.

Negatywna myśl nie zawsze jest faktem.

Strach nie zawsze jest ostrzeżeniem.

Czasami jest tylko starym nawykiem, który uruchamia się automatycznie.

Przestać przeszkadzać nie oznacza przestać działać

To też ważne.

Kiedy mówię, że chcę przestać przeszkadzać własnemu mózgowi, nie mam na myśli leżenia i czekania, aż organizm sam wszystko naprawi.

Nadal ćwiczę.

Nadal obserwuję ciało.

Nadal szukam rozwiązań.

Nadal próbuję zrozumieć, dlaczego jeden ruch wychodzi, a inny nagle się blokuje.

Różnica polega na tym, że coraz rzadziej próbuję wymusić wszystko siłą.

Przez lata myślałem, że walka oznacza ciągłe napinanie się, zaciskanie zębów i powtarzanie:

„Muszę. Muszę. Muszę.”

Dzisiaj zaczynam widzieć, że czasami walka może wyglądać inaczej.

Może polegać na cierpliwości.

Na spokojnej kolejnej próbie.

Na odpoczynku, zanim organizm całkiem odmówi współpracy.

Na niekaraniu siebie za to, że dzisiaj coś nie wyszło.

Na pozostawieniu mózgowi przestrzeni, żeby przypomniał sobie ruch, zamiast zasypywania go lawiną poleceń.

Coraz częściej pytam: czy ja właśnie pomagam, czy przeszkadzam?

To pytanie zaczęło mi towarzyszyć w ostatnich dniach.

Kiedy próbuję wykonać ruch i zaczynam się napinać, pytam siebie:

„Czy to, co robię, naprawdę pomaga?”

Czy mocniejsze ciągnięcie rękami pomaga nogom?

Czy analizowanie każdej sekundy poprawia ruch?

Czy myśl o pogorszeniu daje mi więcej siły?

Czy może właśnie przeciążam własny system?

Nie zawsze umiem odpowiedzieć.

Ale samo pytanie potrafi mnie zatrzymać.

Przestaję wtedy walczyć na oślep.

Poprawiam pozycję.

Oddycham spokojniej.

Daję sobie kilka sekund.

I próbuję jeszcze raz.

Czasem efekt jest taki sam.

A czasem nagle pojawia się różnica.

Niewielka.

Ale przy SM niewielka różnica potrafi mieć ogromne znaczenie.

Spokojniejsza głowa nie leczy SM, ale daje mi lepsze warunki do działania

Nie wiem, co dokładnie dzieje się w moim układzie nerwowym.

Nie jestem neurologiem.

Mogę opisywać tylko to, co sam obserwuję.

A obserwuję, że kiedy moja głowa jest spokojniejsza, łatwiej mi działać.

Łatwiej się skupić.

Łatwiej wykonać ćwiczenie bez dodatkowego napięcia.

Łatwiej zaakceptować słabszy moment bez natychmiastowego uznawania go za katastrofę.

Spokojniejsza głowa nie daje mi nowego układu nerwowego.

Ale daje temu, który mam, lepsze warunki do pracy.

I może właśnie o to chodzi.

Nie zawsze jestem w stanie naprawić komputer.

Mogę jednak przestać uruchamiać na nim trzydzieści niepotrzebnych programów jednocześnie.

Dzisiaj nie chcę wygrywać całej wojny

Kiedyś chciałem od razu zobaczyć wielki postęp.

Wstać lepiej.

Poruszyć nogą mocniej.

Odzyskać coś, czego od dawna nie potrafię zrobić.

Dzisiaj trochę inaczej patrzę na zwycięstwo.

Jeśli podejdę do rehabilitacji bez najgorszego scenariusza w głowie, to już jest coś.

Jeśli wykonam ćwiczenie spokojniej, to też jest coś.

Jeśli nie uznam pierwszej nieudanej próby za dowód pogorszenia, to jest kolejny mały krok.

Nie muszę dzisiaj wygrać całej wojny.

Wystarczy, że nie będę walczył przeciwko samemu sobie.

Może właśnie tego mój mózg potrzebował ode mnie od dawna

Przez wiele lat próbowałem zmusić swoje ciało do współpracy.

Kontrolowałem.

Sprawdzałem.

Analizowałem.

Bałem się każdego słabszego sygnału.

Dzisiaj coraz częściej próbuję zrobić coś, co z pozoru wydaje się znacznie prostsze.

Dać mózgowi chwilę spokoju.

Nie wchodzić mu w drogę.

Nie podpowiadać od razu, że coś na pewno się nie uda.

Nie uruchamiać najgorszego scenariusza, zanim zacznie się pierwsza próba.

Nie wiem, jak pójdzie dzisiejsza rehabilitacja.

Ale wiem jedno.

Dzisiaj moja głowa jest czystsza.

Nie czuję się tragicznie.

Nie przeszkadzają mi negatywne myśli.

I już samo to daje mi lepszy punkt wyjścia.

Może powrót do sprawności nie zawsze zaczyna się od mocniejszego ruchu. Czasami zaczyna się od chwili, w której przestaję przeszkadzać własnemu mózgowi i pozwalam mu spokojnie zrobić swoją robotę.




Przeczytaj również


Metaopis: Czy ciągłe kontrolowanie ciała może utrudniać rehabilitację przy SM? Opowiadam, dlaczego spokojniejsza głowa pomaga mi nie przeszkadzać własnemu mózgowi.

Hashtagi: #stwardnienierozsiane #SM #życiezSM #rehabilitacja #mózg #stres #negatywnemyśli #odzyskiwaniesprawności #niepełnosprawność #nadzieja #JaISM

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rehabilitacja przy SM. Dziś nogi dostały wycisk, ale pojawiła się też nadzieja

Stwardnienie rozsiane, którego podobno nie mam. 30 lat szukania odpowiedzi

SM i ćwiczenia z gumami – pierwszy raz od dawna poczułem prawdziwy progres