Ostatnie zejście coraz bliżej. Rehabilitacja przy SM nie zna taryfy ulgo
Ostatnie zejście coraz bliżej. Rehabilitacja przy SM nie zna taryfy ulgo
wej
12.11.201
5
Podsumowanie
Kiedy człowiek żyje ze stwardnieniem rozsianym, każdy dzień rehabilitacji jest małą walką. Czasem boli, czasem męczy, ale właśnie wtedy pojawiają się sygnały, że wysiłek ma sens. Dzisiaj usłyszałem coś, co dało mi ogromną motywację – jestem silniejszy.
Poranek bez tabletek na sen
Pobudka jak zwykle o 6:00.
Szybkie ogarnięcie się i oczekiwanie na śniadanie. W nocy udało mi się zasnąć bez tabletek nasennych. Po ostatnich przygodach z lekami miałem przed nimi spory respekt.
Na śniadanie były:
2 kromki chleba razowego,
4 plastry kiełbasy,
mini kostka masła.
Potem szybki zjazd na rehabilitację. Musiałem się sprężać, bo miało odbyć się szkolenie. Jak się później okazało, po raz kolejny nie doszło ono do skutku.
Dzień pełen ćwiczeń
Rehabilitację zacząłem od rowerka.
Potem były ćwiczenia stawów skokowych, ćwiczenia na krześle, masaż wibracyjny pleców i nauka chodzenia.
W międzyczasie spotkałem Sylwię, która zajmuje się masażami nóg. Powiedziała, że przyjdzie po mnie na końcu dnia.
Po nauce chodzenia był tylko krótki oddech.
Potem przyszła kolej na rozciąganie, ćwiczenia nóg, ćwiczenia brzucha i kolejne zadania, które nie pozostawiały złudzeń – taryfy ulgowej nie będzie.
Monika nie odpuszcza
Monika jest jeszcze stażystką, ale już teraz widać, że ma świetne podejście do pacjentów.
Paweł obserwował moje ćwiczenia i powiedział coś, co bardzo mnie ucieszyło:
– Widać poprawę. Jesteś silniejszy.
Takie słowa naprawdę motywują.
Potem Monika dołożyła kolejne ćwiczenia.
Najpierw wciskanie nogą piłki w bok kozetki.
Później większa piłka pod stopą. Musiałem ją dociskać i jednocześnie pilnować, żeby nie uciekła na bok.
Najtrudniej było lewą nogą. Nadal jest słabsza od prawej i każde takie ćwiczenie pokazuje, ile pracy jeszcze przede mną.
Na koniec pojawiła się ogromna piłka rehabilitacyjna.
Usiadłem na niej.
Moim zadaniem było jedno:
Nie spaść.
Brzmi prosto.
Nie było.
Na szczęście asekurowała mnie Ola.
Było ciężko, ale jednocześnie bardzo zabawnie. Szkoda, że tego ćwiczenia nie miałem od początku pobytu.
Czasem chcemy za dużo
Muszę przyznać, że mam ogromny szacunek do Pawła.
Dołożył mi ćwiczeń ponad to, co było zapisane w zleceniu.
Ordynator chciał mnie trochę oszczędzać.
Ja natomiast najchętniej robiłbym jeszcze więcej.
Problem w tym, że przy stwardnieniu rozsianym łatwo przesadzić.
Człowiekowi wydaje się, że da radę.
A później organizm wystawia rachunek.
Przerabiałem już takie sytuacje i wiem, że zbyt duże forsowanie może skończyć się bardzo źle.
Dlatego trzeba słuchać specjalistów.
A ci, którzy zajmowali się mną podczas tego turnusu, naprawdę wiedzą, co robią.
Sylwia przejęła kontrolę
Po sześciu zabiegach wróciłem na oddział.
Czekałem na obiad i na Sylwię.
W końcu pojawiła się około pół godziny przed obiadem.
Najzabawniejsze było to, że nie chciała, żebym schodził na dół.
Weszła do pokoju i oznajmiła:
– Rozbieraj się. Tutaj cię rozmasuję.
Jak powiedziała, tak zrobiłem.
Masaż zakończył się dokładnie wtedy, gdy zadzwonił dzwonek na obiad.
Idealne wyczucie czasu.
Obiad i chwila odpoczynku
Na obiad była:
zupa ogórkowa,
ziemniaki,
klops,
buraczki.
Po obiedzie tradycyjnie przyszła pora na pół godziny dla „Słoniny”.
Potem usiadłem do pisania tego wpisu i oczekiwania na kolację.
Na ostatnią kolację dostałem:
parówkę,
4 kromki chleba,
mini kostkę masła.
Jutro ostatni dzień
I właśnie wtedy dotarło do mnie coś jeszcze.
Jutro ostatnie zejście na rehabilitację.
Jeszcze niedawno wydawało się, że ten pobyt będzie trwał bardzo długo.
Dzisiaj wiem, że ten czas minął błyskawicznie.
Było ciężko.
Było boleśnie.
Było męcząco.
Ale było warto.
Bo jeśli terapeuci mówią, że jestem silniejszy, to znaczy, że każdy litr potu i każdy grymas bólu miały sens.
A Ty?
Czy zdarzyło Ci się usłyszeć jedno zdanie, które dało Ci siłę do dalszej walki?
Jeśli chcesz śledzić moje życie ze stwardnieniem rozsianym, zostań na blogu i przeczytaj kolejne wpisy.


Komentarze