Pionizator to nie luksus, ale realna pomoc w rehabilitacji – czy warto?


16.03.2026


Dziś miałem telefon w sprawie pionizatora. I znowu wrócił temat, który od jakiegoś czasu siedzi mi w głowie coraz mocniej. Koszt takiego sprzętu to około 16 000 zł. Dofinansowanie może pokryć dużą część tej kwoty, ale i tak zostaje brakująca suma, którą trzeba jakoś zdobyć. Jak zwykle wszystko rozbija się o pieniądze.


Pisałem chyba dzień albo dwa wcześniej do jednej firmy w sprawie pionizatora. Dzisiaj oddzwonili. Powiedzieli, że taki model, który oferują, kosztuje właśnie mniej więcej 16 tysięcy złotych. Z dofinansowaniem można zejść sporo niżej, bo może ono wynieść około 13 000 zł, ale nadal zostaje około 3 000 zł dopłaty. Dla kogoś z zewnątrz może to nie wyglądać jak majątek, ale kiedy człowiek żyje z chorobą, każda taka kwota robi się problemem i człowiek od razu zaczyna myśleć: skąd to wziąć?


Dzisiaj było też poniedziałkowe popołudnie. Pogoda trochę się poprawiła. Wcześniej było chyba pochmurno, może nawet coś padało, ale później wyszło słońce i świeciło mi do pokoju. Niby zwykła rzecz, a człowiek czasem łapie się takich małych momentów, bo codzienność z chorobą i tak potrafi być wystarczająco ciężka.


Był dziś rehabilitant. Trochę postaliśmy. Dla kogoś zdrowego stanie może brzmieć jak nic wielkiego, ale u mnie to naprawdę duży wysiłek. To nie wygląda tak, że ktoś mnie tylko podniesie i już. Ja też muszę zrobić swoje — ruszyć nogami, odbić się rękami, napiąć ciało, spróbować utrzymać pozycję i nie dać się od razu ściągnąć w złą stronę.


Na samych podłokietnikach jeszcze nie umiem się podnieść. Rehabilitant musi mi pomóc, żebym mógł znaleźć się wyżej i bardziej pionowo niż w pozycji siedzącej. Dopiero wtedy zaczyna się właściwa praca. I właśnie wtedy człowiek czuje, jak bardzo to ciało musi walczyć nawet o coś, co kiedyś było normalne i oczywiste.


Kiedy już uda się stanąć wyżej, nogi naprawdę zaczynają pracować. Tylko że zaraz pojawia się kolejna walka — z napięciem mięśni, z ustawieniem ciała i z lordozą. Wygina mnie tak, że momentami sam się z tego śmieję, bo wyglądam jak jakaś postać z bajki. Próbuję ustawić miednicę bardziej do przodu, wyprostować się, poprawić ustawienie, ale wtedy kolana zaczynają się zginać i robi się niebezpiecznie. A jak kolana puszczają, to wszystko może skończyć się upadkiem. Gdyby nie rehabilitant, pewnie nie raz kończyłbym na podłodze.


Dlatego właśnie coraz bardziej widzę sens pionizatora. To nie jest luksus. To nie jest fanaberia. To nie jest kolejny sprzęt po to, żeby sobie stał. To może być realna pomoc w rehabilitacji i codziennym funkcjonowaniu. Coś, co pozwala bezpieczniej pracować nad pionem, nad ustawieniem ciała, nad nogami, nad tym wszystkim, co z czasem słabnie przez brak ruchu i przez chorobę.


Dla zdrowej osoby pionizacja może nie brzmieć jak coś wielkiego. Ale kiedy człowiek żyje z SM, ma spastyczność, problemy z napięciem mięśni i coraz większe trudności z utrzymaniem ciała, to nawet kilka minut sensownej, bezpiecznej pionizacji może mieć znaczenie. To nie chodzi tylko o samo stanie. Chodzi o próbę zatrzymania tego, co się cofa. O walkę o ciało, które z czasem zaczyna odmawiać współpracy.


Tak właśnie wygląda moje dzisiejsze popołudnie. Niby zwykły dzień, a dla mnie to kolejna walka o pion, o większą sprawność i o to, żeby nie odpuszczać. Czasem człowiek ma dość, to prawda. Ale próbuję dalej. Bo co innego mi zostało? Trzeba walczyć o tyle, ile jeszcze da się ugrać.


Jeśli ktoś chciałby mnie wesprzeć, można to zrobić przez Fundację Avalon:

cel szczegółowy: Kałka 3424


Można też wysłać SMS charytatywny na numer 75165 o treści:

POMOC 3424


Koszt wiadomości:

5 zł + VAT


Z góry dziękuję każdemu, kto czyta, wspiera, pamięta albo po prostu tu zagląda. To naprawdę ma znaczenie.


Więcej o mnie i o tym, jak wygląda moja codzienność ze stwardnieniem rozsianym, znajdziecie na blogu:

ja-i-sm.blogspot.com


#stwardnienierozsiane #rehabilitacja #pionizator #SM #niepełnosprawność





Czasem człowiek myśli, że już więcej nie da rady.
Ale potem przychodzi kolejny dzień i znowu próbuję wstać.

Nie dlatego, że jest łatwo.
Tylko dlatego, że w środku dalej jest nadzieja, że jeszcze coś da się odzyskać.

Każda minuta w pionie to dla mnie małe zwycięstwo nad chorobą.
A każdy gest wsparcia daje mi siłę, żeby próbować jeszcze raz.

Jeśli ten wpis do Ciebie dotarł, zatrzymaj się na chwilę.
Może właśnie dzięki Tobie zrobię kiedyś kolejny krok dalej.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rehabilitacja przy SM. Dziś nogi dostały wycisk, ale pojawiła się też nadzieja

Stwardnienie rozsiane, którego podobno nie mam. 30 lat szukania odpowiedzi

SM i ćwiczenia z gumami – pierwszy raz od dawna poczułem prawdziwy progres