Baclofen przy SM – czy naprawdę pomaga? Mój pobyt w szpitalu i własne doświadczenia


14.03.2026

Krótko i uczciwie: ten wpis nie jest poradą medyczną. Nie namawiam nikogo do brania leków, witamin ani suplementów. Opisuję tylko swoje własne doświadczenia, swoje przemyślenia i to, jak ja patrzyłem na różne rzeczy na przestrzeni lat. Każdy organizm jest inny, każda choroba przebiega inaczej i każdy powinien podejmować decyzje dotyczące zdrowia razem ze specjalistą.


Są takie tematy, które siedzą w człowieku długo. Niby człowiek żyje, niby funkcjonuje, niby jakoś się toczy, ale pewne sprawy wracają. I właśnie jedną z takich spraw jest u mnie temat baklofenu, pobytu w szpitalu i tego, jak przez lata próbowałem zrozumieć własny organizm.


Nie chcę tu nikogo pouczać. Nie chcę też robić z siebie żadnego eksperta. Chcę tylko opowiedzieć to po swojemu – szczerze, normalnie i bez udawania.


W 2020 roku trafiłem na oddział neurologiczny. To był czas, kiedy czułem się wyraźnie gorzej. Byłem słabszy, bardziej wyczerpany, taki jakby „wypruty” z sił. Lekarz rodzinny uznał, że nie ma sensu tego przeciągać i skierował mnie do szpitala. Nie ukrywam – sama myśl o szpitalu mnie nie cieszyła. Człowiek nigdy nie jedzie tam z radością. Raczej z nadzieją, że ktoś sprawdzi, co się dzieje i czy da się coś z tym zrobić.


Pamiętam ten czas do dziś. Sam pobyt, badania, całą atmosferę. To był okres, kiedy w placówkach medycznych panowały już bardzo konkretne procedury i wszystko wyglądało inaczej niż dawniej. Dla zdrowego człowieka pewne rzeczy mogą wydawać się zwykłą formalnością. Dla kogoś chorego, zmęczonego i osłabionego – niekoniecznie. Człowiek odbiera wtedy wszystko mocniej.


Leżałem tam kilka dni. Z jednej strony wiedziałem, że to ma sens, bo trzeba było sprawdzić, co się dzieje. Z drugiej – psychicznie takie miejsca potrafią człowieka dociążyć. Szpital to nie dom. Nie ma tam luzu, nie ma swojej przestrzeni, nie ma normalnego spokoju. Jest za to dużo myśli. Czasem aż za dużo.


Właśnie wtedy mocniej zacząłem wracać w głowie do tematu leków, które przewijają się przy problemach neurologicznych i napięciu mięśniowym. Jednym z takich tematów był baklofen. Myślę, że wiele osób kojarzy tę nazwę, szczególnie jeśli miały styczność z neurologią. U mnie temat ten budził różne odczucia. Z jednej strony człowiek chce ulgi. Z drugiej – nie zawsze wszystko, co jest przepisywane, daje takie odczucia, jakich by się chciało.


I tutaj chcę to bardzo jasno zaznaczyć: nie piszę, że coś jest dobre albo złe dla wszystkich. Piszę tylko o sobie. O tym, że z czasem zacząłem coraz mocniej obserwować własny organizm i zauważać, że samo „branie czegoś”, bo tak zostało zalecone, nie zawsze daje mi poczucie, że naprawdę idę w dobrą stronę. Czasem miałem wrażenie, że człowiek bardziej liczy na poprawę niż realnie ją czuje. A czasem poprawa była częściowa, chwilowa albo nie taka, jakiej się spodziewałem.


Z wiekiem i z doświadczeniem zacząłem coraz bardziej słuchać swojego ciała. Nie w sensie odrzucania medycyny czy udawania mądrzejszego od lekarzy. Bardziej w sensie zwykłej uważności. Co mi służy? Po czym czuję się gorzej? Co daje mi większy spokój? Co odbieram jako wsparcie, a co jako dodatkowe obciążenie?


Na przestrzeni lat zacząłem też interesować się tematem witamin, suplementacji i ogólnego wspierania organizmu. I znowu – nie piszę tego po to, żeby kogokolwiek do czegokolwiek przekonywać. Po prostu był taki moment w moim życiu, że zacząłem szukać odpowiedzi szerzej. Czytać, słuchać, porównywać, zastanawiać się. Nie dlatego, że nagle uznałem się za specjalistę. Po prostu dlatego, że kiedy człowiek długo zmaga się z chorobą, zaczyna pytać: co jeszcze mogę zrobić dla siebie?


U mnie to nie wyglądało tak, że nagle wydarzył się cud. To był raczej proces. Powolne przyglądanie się sobie. Sprawdzanie, jak reaguję na różne zmiany. Obserwowanie organizmu. Wyciąganie własnych wniosków. Nie gotowych recept dla świata – tylko własnych, prywatnych przemyśleń.


Zauważyłem, że bardzo ważne stało się dla mnie poczucie, że robię dla siebie coś więcej niż tylko biernie czekam. Nawet jeśli miały to być małe kroki. Nawet jeśli nie wszystko dawało spektakularny efekt. Sama świadomość, że próbuję lepiej zrozumieć własne ciało, już była dla mnie czymś ważnym.


Był też etap, kiedy sięgałem po różne książki i materiały związane ze zdrowiem, stylem życia, odżywianiem i wspieraniem organizmu. Nie traktowałem tego jako wyroczni. Bardziej jako punkt wyjścia do myślenia. Jedne rzeczy do mnie trafiały, inne nie. Jedne zostawały ze mną dłużej, inne odkładałem na bok. Myślę, że wiele osób przewlekle chorych ma podobnie – człowiek czyta, słucha, analizuje, bo po prostu chce poczuć, że nie stoi w miejscu.


Najważniejsze w tym wszystkim było dla mnie jedno: nie iść ślepo za wszystkim, tylko zachować rozsądek. Organizm to nie maszyna z jedną instrukcją obsługi. To, co jeden zniesie dobrze, drugiemu może w ogóle nie służyć. To, co jednej osobie da subiektywne poczucie poprawy, u innej niczego nie zmieni. Dlatego dziś jestem daleki od mówienia komukolwiek: „zrób tak jak ja”. Nie. Każdy ma swoją drogę.


Mogę tylko uczciwie powiedzieć, że przez te wszystkie lata nauczyłem się jednej rzeczy – w chorobie bardzo ważna jest obserwacja siebie. Czasem nawet ważniejsza niż wielkie hasła i wielkie obietnice. Bo ciało naprawdę daje sygnały. Tylko trzeba nauczyć się je zauważać.


U mnie dużo zmieniło się też mentalnie. Kiedyś człowiek szukał szybkiej odpowiedzi. Szybkiego efektu. Szybkiego „naprawienia problemu”. Dziś wiem, że to tak nie działa. Zdrowie, szczególnie przy przewlekłych problemach neurologicznych, to często długa droga. Nierówna, męcząca, czasem wkurzająca, ale jednak droga. I na tej drodze człowiek uczy się cierpliwości. Nawet jeśli czasem ma jej serdecznie dość.


Nie będę udawał, że wszystko wspominam lekko. Nie wspominam. Były momenty złości, bezsilności, zmęczenia i zwyczajnego doła. Były też chwile, kiedy człowiek miał dosyć słuchania kolejnych teorii, kolejnych pomysłów, kolejnych „dobrych rad”. Szczególnie wtedy, gdy sam najlepiej wiedział, ile kosztuje go zwykły dzień.


Ale z drugiej strony właśnie to nauczyło mnie jednego: moje zdrowie to nie temat na jeden wieczór, jedną tabletkę czy jeden pomysł. To codzienność. I chyba dlatego dziś wolę pisać o tym spokojniej, dojrzalej i bardziej odpowiedzialnie.


Ten wpis nie ma nikogo przekonywać ani szokować. Ma po prostu pokazać kawałek mojego życia. Tego, jak wyglądały moje myśli, moje doświadczenia i moje własne szukanie ulgi oraz zrozumienia siebie. Bez robienia z tego instrukcji dla innych.


Jeśli ktoś po przeczytaniu tego tekstu pomyśli: „mam podobnie, też się czasem gubię, też szukam po swojemu” – to dobrze. Właśnie o taki ludzki wymiar mi chodzi. Nie o udawanie eksperta. Nie o stawianie tez. Tylko o prawdę.


Bo czasem najbardziej pomaga nie wielka teoria, tylko zwykłe ludzkie zdanie:

„Też przez to przechodzę. Też próbuję. Też się uczę własnego organizmu.”


I może właśnie to jest w tym wszystkim najważniejsze.


Podsumowanie


Szpital, baklofen, zmęczenie, własne poszukiwania, książki, obserwacja organizmu – to wszystko było i dalej jest częścią mojej drogi. Nie daję tu gotowych odpowiedzi i nie chcę nikogo prowadzić za rękę. To tylko mój punkt widzenia, moje doświadczenia i moja historia. Jeśli ten wpis coś wnosi, to chyba głównie to, że warto słuchać siebie, zachować rozsądek i nie robić z cudzych doświadczeń gotowego przepisu na własne życie.


Ważne


Ten tekst ma charakter wyłącznie osobisty i nie stanowi porady medycznej. Nie zachęcam nikogo do stosowania leków, suplementów ani żadnych innych metod opisanych pośrednio w tym wpisie. Każdą decyzję dotyczącą zdrowia warto konsultować indywidualnie z lekarzem lub odpowiednim specjalistą.


Jeśli chcesz mnie wesprzeć


Od lat walczę o zdrowie i sprawność, dlatego każda forma wsparcia naprawdę ma dla mnie znaczenie.


1,5% podatku:

Fundacja Avalon

KRS: 0000270809

Cel szczegółowy: Kałka 3424


SMS charytatywny:

Numer: 75165

Treść SMS: POMOC 3424

Koszt SMS: 5 zł + VAT


Każde wsparcie pomaga mi dalej walczyć o leczenie, rehabilitację i powrót do jak najlepszej sprawności. Dziękuję z całego serca każdej osobie, która jest ze mną, czyta, udostępnia i wspiera.


#stwardnienierozsiane #SM #neurologia #mojahistoria #zyciezchoroba

#rehabilitacja #baklofen #mojedoswiadczenia #blogosobie #wsparcie

#multipleSklerose #Neurologie #meinWeg #Gesundheit #Unterstuetzung






Komentarz od autora

Ten wpis to tylko moje osobiste doświadczenia i przemyślenia z ostatnich lat.  
Nie jest to porada medyczna ani zachęta do naśladowania mojej drogi – każdy organizm jest inny i reaguje inaczej.  
Opisałem po prostu fragment swojej historii i tego, jak wyglądała moja własna droga szukania ulgi i zrozumienia swojego ciała.

Jeżeli ktoś znajdzie w tym wpisie coś dla siebie – refleksję, chwilę zatrzymania czy zwykłe poczucie, że nie jest z tym sam – to będę się z tego cieszył.  
Każdy z nas idzie swoją drogą i każdy ma prawo szukać rozwiązań najlepiej dopasowanych do siebie.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rehabilitacja przy SM. Dziś nogi dostały wycisk, ale pojawiła się też nadzieja

Stwardnienie rozsiane, którego podobno nie mam. 30 lat szukania odpowiedzi

SM i ćwiczenia z gumami – pierwszy raz od dawna poczułem prawdziwy progres