Prawo jazdy, wzrok i ten moment, kiedy trzeba było odpuścić

23.03.2026

Podsumowanie

Był czas, kiedy samochód dawał mi niezależność, a motocykl poczucie prawdziwej wolności. Tylko że z czasem choroba zaczęła coraz mocniej odbierać mi wzrok i przyszła chwila, kiedy trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Ten wpis jest o tym, jak trudno było pogodzić się z utratą prawa jazdy i dlaczego rozsądek musiał w końcu wygrać.
Jeśli ktoś chciałby mnie przy okazji wesprzeć, może to zrobić przez Fundację Avalon: KRS 0000270809, cel szczegółowy: Kałka 3424, albo wysyłając SMS charytatywny pod numer 75165 o treści: POMOC 3424 (koszt SMS to 5 zł + VAT).

Treść

Prawo jazdy zrobiłem mniej więcej koło osiemnastki. Zawsze ciągnęło mnie bardziej do motocykli niż do samochodów. Motor dawał mi coś, czego nie dawało nic innego — wolność, prawdziwy oddech, poczucie, że człowiek żyje. A jednak, skoro już robiłem prawo jazdy na motor, to stwierdziłem, że zrobię też na samochód.

Finalnie to właśnie samochodem jeździłem częściej. Motocykl był marzeniem, emocją, czymś mocnym. Samochód był bardziej codzienny. Tyle że prawda jest taka, że jazda męczyła mnie i tu, i tu. Głównie przez wzrok.

Choroba zaczęła coraz bardziej odbierać mi widzenie. To było poważne. Jedno oko praktycznie mi poleciało. Miałem nawet orzeczoną ślepotę, chociaż coś tam jeszcze widziałem, ale to było za mało, żeby mówić o normalnym, pewnym widzeniu. Najgorzej było z prawym okiem — tym, które jako pierwsze mocno ucierpiało przez chorobę.

Bardzo trudno było mi się rozstać z prawem jazdy. Człowiek długo sam siebie oszukuje, że jeszcze daje radę, że jeszcze jakoś to będzie, że przecież zna drogi, że jeździ ostrożnie. Tylko problem polega na tym, że nawet jeśli dla mnie wydawało się to jeszcze do opanowania, to na drodze nie jestem sam. Są też inni ludzie.

Pamiętam jedno zdarzenie bardzo dobrze. Było już ciemno, około 21:00, na obwodnicy Sycowa, jeszcze w czasach, kiedy nie było drogi S8. Jechałem starym Oplem Kadettem. Wygodne auto, dobrze je wspominam, ale tamtego wieczoru zrobiło się niebezpiecznie.

Nie lubiłem jazdy po ciemku. Zwykle, kiedy ktoś jechał z naprzeciwka, światła mnie strasznie oślepiały. Obraz się rozmywał, znikał, człowiek tracił pewność, co naprawdę widzi, a co mu się tylko wydaje. Tego wieczoru zbliżałem się do zjazdu, chciałem odbić w swoją stronę. Jechałem około 90 km/h. Zacząłem schodzić do zmiany pasa i nagle zobaczyłem przed sobą czerwone światła. Byłem pewny, że coś stoi i że zaraz w to wjadę.

Wcisnąłem hamulec z całej siły. Opony zapiszczały, smród gumy poszedł konkretny, pasażerowie aż się poderwali i pytali, co się stało. A ja byłem przekonany, że właśnie uniknąłem zderzenia.

Tylko że po chwili okazało się, że przede mną nic nie było.

Do dziś pamiętam to uczucie. Człowiek siedzi za kierownicą, a oczy płatają mu takie figle, że bierze odbicia, światła i cienie za realne zagrożenie. Z jednej strony dobrze, że zahamowałem. Z drugiej — to był sygnał, że dalej tak być nie może. Pasażerowie patrzyli wtedy na mnie dziwnie, ale ja sam już wiedziałem, że problem jest naprawdę poważny.

Później, kiedy starałem się o grupę niepełnosprawności, zażądano ode mnie badań wzroku. I może kiedyś były czasy, że różne rzeczy dało się pozałatwiać, ale szczera rozmowa z lekarzem tylko utwierdziła mnie w tym, że lepiej nie kombinować. Lepiej nie jeździć. Lepiej pogodzić się z tym, że bezpieczeństwo jest ważniejsze niż ambicja.

To była trudna decyzja, ale rozsądna. Wysłałem więc moją obecną żonę na prawo jazdy. Zrobiła je, a potem przez lata po prostu mnie woziła. Tak było bezpieczniej. Dla mnie i dla innych.

Dziś siedzę już w domu od lat i powiem szczerze — nie rwę się do tego, żeby znowu wracać za kierownicę. Czasem człowiek tęskni za dawną wolnością, za maszyną, za drogą, za tym uczuciem niezależności. Ja też tęsknię. Zwłaszcza za motocyklem, bo to on zawsze był numerem jeden. Ale wiem też jedno: przy moim wzroku cięższy motor byłby bardziej krokiem w stronę tragedii niż marzenia.

I właśnie dlatego wygrał rozsądek.

Nie wszystko, co się kocha, można zatrzymać na zawsze. Czasem największą dojrzałością nie jest walczyć za wszelką cenę, tylko odpuścić wtedy, kiedy naprawdę trzeba. U mnie tak właśnie było z jazdą.

Jeśli ktoś z Was też trzyma się jeszcze czegoś na siłę — pracy, pasji, przyzwyczajenia, dawnego życia — mimo że zdrowie mówi już jasno „stop”, to powiem tylko tyle: warto czasem usiąść i uczciwie spojrzeć prawdzie w oczy. To nie jest łatwe. Ale czasem właśnie to ratuje człowieka.

Wsparcie

Jeśli chcesz mnie wesprzeć, możesz przekazać 1,5% podatku przez Fundację Avalon:
KRS: 0000270809
Cel szczegółowy: Kałka 3424

Możesz też wysłać SMS charytatywny:
Numer: 75165
Treść: POMOC 3424
Koszt SMS: 5 zł + VAT

Każda pomoc ma dla mnie ogromne znaczenie. Dziękuję z całego serca.

Hasztagi

#stwardnienierozsiane #zyciezSM #utratawzroku #niepelnosprawnosc #prawojazdy #codziennosc #rozsadek #MultipleSklerose #LebenMitMS #Sehkraft #Behinderung #roztroušenáskleróza #životsRS #zrak #pomoc


Jak chcesz, następny krok możemy zrobić sprytny:



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rehabilitacja przy SM. Dziś nogi dostały wycisk, ale pojawiła się też nadzieja

Stwardnienie rozsiane, którego podobno nie mam. 30 lat szukania odpowiedzi

SM i ćwiczenia z gumami – pierwszy raz od dawna poczułem prawdziwy progres