Mój jeden poranek ze stwardnieniem rozsianym – rzeczy, których nikt nie widzi
Dziś niedziela.
Prawdopodobnie 29 czerwca.
Budzik? Niepotrzebny.
Obudziłem się około 6:00 rano. I teoretycznie wszystko wygląda dobrze — można by wstać, zacząć dzień, zrobić coś sensownego.
No właśnie. Teoretycznie.
W praktyce wstaję dopiero po 8:00. Nie dlatego, że mi się nie chce. Tylko dlatego, że samo „wstanie” to już jest operacja.
Pomaga mi Justyna. Bez niej nie byłbym w stanie się podnieść. Wyciąga mnie z łóżka — dosłownie za nogi. Najpierw nogi na podłogę, potem sadza mnie na łóżku.
I zaczyna się najważniejszy moment.
Mam złapać drążek i się podnieść.
Brzmi prosto, prawda?
Problem w tym, że nic tu nie jest ustawione tak, jak powinno być. Drążki nie są centralnie przede mną. Do jednego jeszcze jakoś sięgnę, ale żeby złapać drugi — muszę się przechylić. A przy moim stanie to już robi ogromną różnicę.
Do tego dochodzą nogi.
Nie są ustawione przede mną. Są gdzieś z boku, za daleko. Gdyby były pod kątem 90 stopni, miałbym jakąś szansę. Mógłbym się oprzeć, znaleźć punkt, z którego mogę się podnieść.
Ale tak nie jest.
Żeby sięgnąć drążka, muszę się schylić do przodu. Tylko że nie widzę nawet swoich stóp przed sobą — są przesunięte w bok. Nie mam stabilności. Nie mam punktu oparcia.
I wtedy wszystko się sypie.
Bo ja się nie podnoszę.
Nie dlatego, że nie chcę.
Tylko dlatego, że nie mam jak.
Osoba zdrowa pewnie by to ogarnęła. Nawet by się nie zastanawiała. Ale przy stwardnieniu rozsianym takie detale decydują o wszystkim.
Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz — żeby złapać drugi drążek, muszę się przechylić. W tym momencie jedna noga zaczyna „uciekać”, druga nie daje stabilności. I całe ciało się rozjeżdża.
I znowu — nic.
Zero podniesienia. Zero kontroli.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wystarczyłoby naprawdę niewiele.
Ustawić nogi prosto.
Dać drążki w odpowiednim miejscu.
I byłoby inaczej.
Zamiast tego każdy poranek to walka. Frustracja. I poczucie, że zamiast pomocy — czasem dostaję coś, co tylko utrudnia.
Nie piszę tego, żeby kogoś oczerniać.
Piszę, żeby pokazać, jak to naprawdę wygląda.
Bo choroba to jedno.
Ale sposób, w jaki ktoś Ci pomaga — to drugie.
I czasem to drugie robi większą różnicę niż wszystko inne.
Jeśli ktoś z Was chciałby mnie wesprzeć w codziennym funkcjonowaniu i walce o większą sprawność, będzie mi ogromnie miło. Każda forma wsparcia daje mi realną szansę na poprawę jakości życia i większą samodzielność.
Można to zrobić poprzez przekazanie 1,5% podatku:
KRS: 0000270809
Cel szczegółowy: Kałka 3424
Lub wysyłając SMS charytatywny:
o treści: POMOC 3424
na numer: 75165
(koszt: 5 zł + VAT)
Dziękuję każdemu, kto poświęcił chwilę, żeby przeczytać ten wpis i każdej osobie, która zdecyduje się pomóc.


Komentarze