Nie jest łatwo stracić kontrolę
Niech to wszystko szlag trafi.
Naprawdę niefajnie stracić kontrolę nad zwieraczem.
Byłem wczoraj w kiblu.
A właściwie… byłem fizycznie, ale bez czucia.
Syn pomógł mi się przesiąść. Usiadłem.
Nic.
Nie czuję, że coś ze mnie wyszło.
Zapach się nie zmienił, w oczy nie szczypało — przynajmniej ja tego nie czułem.
Dopiero jak wziąłem papier i sprawdziłem…
było co sprzątać.
I tu jest cały problem.
Czego nie czuję?
Nie czuję momentu.
Nie czuję parcia.
Nie czuję, że coś się wydarzyło.
Na kibelku byłem wcześniej 8 stycznia.
Kolejny raz — 19 stycznia.
Dziesięć dni przerwy.
Masakra.
Czasami jest tylko takie delikatne „może coś?”,
jak się przekręcam w lewą stronę i naciskam okrężnicę.
I znowu sprzątanie.
Pół rolki papieru, zanim się ogarnąłem.
Usiadłem prosto na dwie minuty.
Spokój.
Myślę — dobra, koniec.
Sprawdzam jeszcze raz.
I znowu… jest co sprzątać.
Czy coś ze mnie wyciekło?
Nie wiem.
Nie czułem nic.
A dziś rano?
Jeszcze gorzej.
Przy wstawaniu okazało się, że trzeba sprzątać.
Podobno było na łóżku.
Ja — zero świadomości.
I wtedy mnie wzięło.
Złość.
Bezsilność.
Jak to wygląda u mnie na co dzień?
Tak właśnie.
Tak wygląda moje „normalne” funkcjonowanie.
Tego jeszcze nie miałem.
A choruję już długo.
I znowu wraca ta myśl, którą kiedyś powiedziałem:
że czasami lepiej byłoby być nieświadomym
i mieć to wszystko gdzieś,
niż być świadomie jeb*** i nie móc z tym zrobić absolutnie nic.
Żadnego wpływu.
Żadnej kontroli.
Na dziś tyle.
Trzymajcie się bramy i majtek mamy.
👉 Blog: https://ja-i-sm.blogspot.com/
#stwardnienierozsiane
#życiezSM
#utrataKontroli
#niepełnosprawność
#codzienność


Komentarze