Rok po rehabilitacji. Jak Grębanin postawił mnie na nogi po rzucie SM
24.11.2016
Rok po rehabilitacji. Jak Grębanin postawił mnie na nogi po rzucie SM
Podsumowanie
Dokładnie rok temu opuściłem oddział rehabilitacyjny w Grębaninie po ciężkim rzucie stwardnienia rozsianego. Dziś, mimo że nadal poruszam się o kulach, wiem jedno – codzienna rehabilitacja i wyznaczanie sobie małych celów pozwalają mi walczyć o sprawność każdego dnia.
Rok, który zmienił bardzo wiele
Hej Kochani :)
Wiecie, że właśnie minął rok od kiedy wyszedłem z oddziału rehabilitacyjnego szpitala w Kępnie? Oddział znajduje się w miejscowości Grębanin i muszę przyznać, że ten pobyt był jednym z najważniejszych momentów w mojej walce ze stwardnieniem rozsianym.
Trafiłem tam po rzucie SM, który mocno dał mi się we znaki. Wysiadła lewa noga, poruszałem się na wózku inwalidzkim i szczerze mówiąc nie wyglądało to najlepiej. Kto czyta mojego bloga od dawna, ten pamięta tamten okres. Był to bardzo trudny czas.
Tak naprawdę całą historię mojej choroby można prześledzić od momentu, kiedy pojawiły się pierwsze objawy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że mam stwardnienie rozsiane i że moje życie zmieni się na zawsze.
https://ja-i-sm.blogspot.com/2011/08/pierwsze-objawy.html
Grębanin dał mi drugą szansę
Los chciał, że informację o przyjęciu na rehabilitację dostałem akurat po rzucie.
To był idealny moment.
Dziewczyny na rehabilitacji naprawdę postawiły mnie na nogi. Dosłownie.
Po zakończeniu turnusu chodziłem bez kul ortopedycznych, bez balkonika i bez wózka. Co więcej, po wyjściu ze szpitala potrafiłem przejść około 120 metrów bez żadnej podpory.
Dla zdrowej osoby może to nie brzmi jak wielkie osiągnięcie.
Dla osoby po rzucie SM to była ogromna wygrana.
Pamiętam, jak po diagnozie stwardnienia rozsianego wydawało mi się, że najgorsze już za mną. Dopiero później zrozumiałem, że z tą chorobą człowiek cały czas musi się uczyć cierpliwości.
Moja diagnoza wyglądała właśnie tak:
https://ja-i-sm.blogspot.com/2012/03/cd-szpital-ostrow-wlkp.html
Niestety sprawność nie zostaje na zawsze
Po powrocie do domu było całkiem nieźle.
Niestety z każdym tygodniem zacząłem coraz bardziej siadać na tyłku. Byłem coraz słabszy. Coraz mniej pewnie czułem się bez asekuracji.
Najpierw pojawiła się jedna kula.
Potem dwie.
I tak zostało do dziś.
Nie oznacza to jednak, że rehabilitacja była porażką.
Wręcz przeciwnie.
Jestem przekonany, że gdyby nie pobyt w Grębaninie, dzisiaj byłbym w znacznie gorszym stanie.
Codzienne wyzwania mają ogromne znaczenie
Często zastanawiam się, co by było, gdybym odpuścił.
Gdybym nie stawiał sobie codziennych wyzwań.
Gdybym nie ćwiczył w domu.
Gdyby rehabilitantka nie przychodziła do mnie raz w tygodniu.
Prawdopodobnie moja sprawność byłaby dziś dużo gorsza.
Obecnie ćwiczę cztery dni w tygodniu.
Dwa dni przeznaczam na regenerację.
Nie zawsze mi się chce.
Nie zawsze mam siłę.
Ale wiem, że jeśli odpuszczę, organizm szybko mi o tym przypomni.
100 schodów, które dały mi ogromną radość
Powiem Wam coś, co jeszcze niedawno wydawało mi się niemożliwe.
W domu mam schody prowadzące na piętro.
Któregoś dnia postanowiłem zrobić mały eksperyment.
Wchodziłem i schodziłem.
Do góry.
Na dół.
I znowu do góry.
Po trzecim razie byłem kompletnie wykończony.
Ale nie poddałem się.
Kilka dni temu pokonałem 100 schodów w jedną stronę.
Tak.
100 schodów.
Wiecie jaka to była radość?
Ogromna!
Czułem się tak, jakbym zdobył najwyższy szczyt świata.
Może dla innych to drobiazg.
Dla mnie był to wielki sukces.
Takie chwile pokazują, że nawet przy stwardnieniu rozsianym warto walczyć o każdy, nawet najmniejszy postęp.
Czas wrócić do Grębanina
Prawda jest taka, że moja kondycja nadal pozostawia wiele do życzenia.
Dlatego muszę odwiedzić doktora Żebrowskiego i zapisać się ponownie na rehabilitację.
Skierowanie już mam.
Teraz pozostaje znaleźć osobę, która zawiezie mnie na wizytę.
Mam nadzieję, że uda się uzyskać możliwie krótki termin.
Rok temu najkrótszy czas oczekiwania wynosił około trzech miesięcy, a standardowo nawet sześć miesięcy.
Zobaczymy jak będzie teraz.
Mam nadzieję, że wszystko uda się załatwić.
Bo jeśli ostatni rok czegoś mnie nauczył, to tego, że rehabilitacja przy SM nie jest dodatkiem.
To konieczność.
Zakończenie
Minął rok od wyjścia z Grębanina.
Nie jestem dziś w miejscu, w którym chciałbym być.
Ale też nie jestem w miejscu, w którym byłem po rzucie.
I za to jestem wdzięczny.
Każdy schodek, każde ćwiczenie i każdy mały sukces pokazują mi, że warto walczyć dalej.
Pytanie do Czytelnika
Jakie małe zwycięstwo w ostatnim czasie sprawiło Wam największą radość?,
CTA
Jeśli interesuje Cię prawdziwe życie ze stwardnieniem rozsianym, zapraszam do przeczytania innych wpisów na blogu. Być może odnajdziesz w nich część własnej historii.
W NASTĘPNYM WPISIE…
Czy da się zatrzymać spadek sprawności przy SM?
Opowiem o swoich codziennych ćwiczeniach, małych celach i o tym, dlaczego nie zamierzam się poddawać.
Meta opis SEO
Rok po rehabilitacji w Grębaninie. Moja historia walki ze stwardnieniem rozsianym, codziennych ćwiczeń i małych zwycięstw.
Alternatywne tytuły
Rok po Grębaninie. Co dała mi rehabilitacja przy SM?
100 schodów i ogromna radość. Życie ze stwardnieniem rozsianym
Czy rehabilitacja naprawdę działa przy SM? Moje doświadczenia
Rok po rzucie SM. Gdzie jestem dzisiaj?
Grębanin postawił mnie na nogi. Moja historia rehabilitacji
Hashtagi
#StwardnienieRozsiane
#SM
#RehabilitacjaSM
#ŻycieZSM
#ObjawySM


Komentarze